Sklepy Turystyczne Horyzont

Na tej stronie prezentujemy relacje z wypraw naszych Przyjaciół. Możesz do nich dołączyć - wystarczy że do nas napiszesz >    

Mustagh Ata 2011

Wyprawa Anny Czerwińskiej

Muztagh Ata 2011 blog

Z końcem lipca 2011 r. w chiński Pamir wyruszyła wyprawa Anny Czerwińskiej MUZTAGH ATA 2011, której celem jest zdobycie tego szczytu (7546 m n.p.m.). W jej skład wszedł Adam Jankowski z "Horyzontu" Mariensztat.

Informacje o przebiegu wyprawy są umieszczane na jej blogu (a my będziemy na bieżąco śledzić ich przygody z wielką uwagą - na naszym profilu na Facebooku :).

Polecamy blog wyprawy:     Muztagh Ata 2011 blog
Horyzont TV w 4outdoor

Nie minął jeszcze tydzień od premiery naszej "Horyzont TV", a dostrzeżono ją już na portalu 4outdoor :)

4outdoor


Polecamy artykuł i wywiad z Marcinem Gabryołkiem, założycielem sklepów "Horyzont":    


4outdoor
Zobacz filmy "Horyzont TV":     Horyzont TV
Piotra Horzeli na południowej półkuli podróże.

Piotrek Horzela. Parę lat temu - pracownik Horyzontu Mariensztat. Później - obserwator lodowców i zwierząt na Stacji Antarktycznej im. H.Arctowskiego. Teraz jest w podróży, po przeprawie "na stopa" z Antarktydy do Chile peregrynuje przez Amerykę Południową. Jego relacje i zdjęcia z podróży pojawiają się na blogu "pH on Tour", Facebooku i oczywiście na naszej stronie.

Będziemy śledzić jego podróż! :)

Polecamy:

Blog Piotra "pH on Tour":    

pH on Tour

Profil "pH on Tour" na Facebooku:    

pH on Tour

Zdjęcia Piotra na portalu podróżniczym "Peron4":    

pH on Tour
zobacz galerię >
Podlesice, maj 2011 - szkolenie skałkowe pracowników sklepów Horyzont i Jack Wolfskin.

Nasze szkolenie w skałkach

Podlesice 2011

W maju 2011 r. pracownicy sklepów Horyzont i Jack Wolfskin spotkali się w Podlesicach na szkoleniu skałkowym.
Polecamy fotorelację ;)

zobacz galerię >
Ogólnopolskie Zawody Bulderowe "JUNIOR BOULDER 3" - 16 IV 2011 r.
Juniorboulder

W sobotę 16 kwietnia na Warszawiance odbyły się ogólnopolskie zawody bulderowe dzieci i juniorów "Junior Boulder". To największa tego typu impreza w Polsce, wystartowało 108 zawodników!
Sklepy "Horyzont" były sponsorem imprezy.

Relacja z zawodów na stronie organizatora imprezy, Uniwersyteckiego Klubu Alpinistycznego >

Zachęcamy do obejrzenia galerii zdjęć z zawodów, autorstwa Bartosza Lewickiego:

zobacz galerię >
Przygodowy Rajd na Orientację "TROPICIEL 2010"


W nocy 19/20 listopada w lasach pod Kątami Wrocławskimi odbył się Przygodowy Rajd na Orientację "TROPICIEL". Do przebycia była czterdziestokilometrowa trasa (z punktami kontrolnymi), a na jej pokonanie i wykonanie dodatkowych zadań - 12 godzin!

Jeden z punktów kontrolnych imprezy przygotowany był przez naszą załogę z "Horyzontu" Wrocław,
"Horyzont" był też sponsorem rajdu i fundatorem nagród.

zobacz galerię >
Zawody boulderowe dla dzieci i młodzieży na nowej boulderowni w Warszawie, 26.IX.2010.

W niedzielę 26 września na nowej warszawskiej boulderowni na Płochocińskiej odbyły się zawody bulderowe dla dzieci i młodzieży. Startowało 25 zawodników od 4 do 18 lat.

Przystawek było 22. Każda inna - połogie, pionowe, lekko i mocno przewieszone, w dachu, po małych chwytach, po klamach. Układało je wiele osób, między innymi takie sławy jak Remi Perczyński i "Belka" - Iza Gadoś.

Formuła zawodów pozwoliła na jedną klasyfikację wszystkich zawodników niezależnie od wieku, wzrostu i od reprezentowanego poziomu zaawansowania. Za każdy boulder można było dostać 100 pkt (50 za bonus), od których odejmowało się staż wspinaczkowy, wiek i liczbę centymetrów wzrostu ponad metr.  

Nagrody były wyjątkowe! Sklep „Horyzont” z Mariensztatu zapewnił wszystkim zawodnikom liczne gadżety wspinaczkowe. Główny organizator i właściciel boulderowni Martjack Estrem ufundował wszystkim startującym przejażdżkę czołgiem, skoki na trampolinie i wspinaczkę (tym razem z liną) na 30 metrową ścianę! Szóstka najlepszych zawodników otrzymała nagrodę główną - przejażdżkę rowerem po cienkiej kładce na wysokości 30m. Prawie nikt się nie bał, chociaż nagrodzeni to bulderowcy ;)

Zawody udały się świetnie. Nowa boulderownia jest wspaniałym miejscem do treningu, w którym można nie tylko się wspinać, ale też pooglądać filmy wspinaczkowe, napić się kawy i spotkać we wspinaczkowym gronie. Długo Warszawa czekała na takie miejsce i wreszcie jest!
Niedługo mają się tam odbyć zawody dla seniorów, więc przyjedźcie i zobaczcie sami.

Wyniki:

  1. Mikołaj Nowotnik
  2. Michał Gałecki
  3. Wiktor Andino Velez
  1. Ola Lewicka
  2. Zuzia Maciejczyk
  3. Julka Dobrowolska

Autor: Gośka Kusztelak

zobacz galerię >
Wyprawa PZA "AFGANISTAN 2010"

Wyprawa PZA w góry Korytarza Wachańskiego "AFGANISTAN 2010"

W ostatni dzień czerwca wyruszyła w drogę pierwsza od 32 lat wyprawa polskich alpinistów w góry Afganistanu. Za teren eksploracji obrano Korytarz Wachański - wąski pas gór pomiędzy Pakistanem i Tadżykistanem, obszar szczególny dla polskiego alpinizmu. Przez 18 lat był teatrem działań kilkudziesięciu polskich ekspedycji. Ich uczestnicy zdobyli kilkaset szczytów, z których większość była dziewicza. Wysokogórskie szlify zdobywali tu nasi najlepsi wspinacze, by wspomnieć tylko Jerzego Kukuczkę, Wojtka Kurtykę czy Wandę Rutkiewicz...

Przez przeszło trzy dziesięciolecia z powodu wojen góry Afganistanu były dla polskich alpinistów niedostępne. Dziś na tym obszarze sytuacja jest już stabilna, stąd polski powrót do ich eksploracji - na pierwszych zdobywców czekają jeszcze dziewicze szczyty.

Sklepy "HORYZONT" wspierają wyprawę "AFGANISTAN 2010"

Polecamy stronę wyprawy    Afganistan 2010
   
Śledź mapę z postępami wyprawy     Afganistan 2010 mapa wyprawy
   
Wieści z wyprawy - relacja pierwsza    Afganistan 2010 - relacja pierwsza
   
Wieści z wyprawy - relacja druga    Afganistan 2010 - relacja druga
   
Wieści z wyprawy - film pierwszy (Youtube 6'47")    Afganistan 2010 - film 1
   
Wieści z wyprawy - film drugi (Youtube 5'40")    Afganistan 2010 - film 2
   
Wieści z wyprawy - film trzeci (Youtube 3'21")    Afganistan 2010 - film 3
   
Wieści z wyprawy - film czwarty (Youtube 4'34")    Afganistan 2010 - film 4
   
Wieści z wyprawy - film piąty (Youtube 6'49")    Afganistan 2010 - film 5
   
Mapa rejonu działania wyprawy     Afganistan 2010 mapa wyprawy


zobacz galerię >
Wyprawa "AFGANISTAN 2010" - relacja pierwsza

Baza wyprawy Afganistan 2010, góry Ak Su, wschodnie rubieże Korytarza Wachańskiego. Wtorek 27.07.2010.

W poniedziałek 26 lipca miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, o którym zapomnieliśmy poinformować. Mirosław Łabuz prawie wszedł na dziewiczy wierzchołek o wysokości 5613 metrów. Prawie, gdyż stwierdził, że wierzchołek zostawi dla tych, którym bardziej niż jemu na zdobywaniu zależy. By szczyt uczynić bardziej atrakcyjnym na jednym z przedwierzchołków pozostawił opakowanie ciastek HIT. Wieść krótkofalowa niesie, że o wejście na ten słodki szczyt połasi się Ela Kamińska (KW Warszawa) zaraz po tym, jak wraz ze Sławkiem Korytkowskim (KW Warszawa) zakończy akcję na górze o wysokości około 5446 metrów. Owo wspólne szczytowanie zaplanowano na środę 28 lipca, a zdobycie szczytu z ciastkiem na 29 lipca.

Także w poniedziałek do samotnej walki wyruszył Jakub Gajda, który ma w planach zrobienie trawersu szczytu o wysokości 5142 oraz jego sąsiada o wysokości około 5300 metrów. Kuba wyszedł z bazy w poniedziałek 26 lipca, a swój powrót zaplanował na środowy wieczór 28 lipca.

W górach przebywa obecnie także zespół Jacek Kierzkowski, Tomek Klimczak i Maciek Ostrowski (wszyscy KW Warszawa). W planach na środę 28 lipca ma wytyczenie ambitnej drogi na liczącej około 800 metrów północno-wschodniej ścianie dziewiczego wierzchołka oznaczonego na mapach kotą 5625 metrów.

Późnym popołudniem we wtorek 27 lipca do bazy powrócił Michał Karbowski (KW Warszawa) oraz Rafał Sieradzki po zakończonym sukcesem wejściu (wraz ze Sławkiem Korytkowskim) na pik oznaczony na mapie kotą o wysokości 5711 metrów. Wierzchołkowi, którego wysokość według GPS wyniosła 5735 metrów nadano nazwę Kohe xxxx (Szczytu Trzch Gracji), a drogę ochrzczono mianem yyyy. Chłopcy minęli się w drodze do bazy z Piotrem Kłosowiczem (KW Warszawa, SKPB Warszawa) oraz Tomkiem Rojkiem, którzy wyszli w góry z zamiarem przejścia Smoczej Grani (około 5300 metrów wysokości, 6 km długości) oraz zdobycia słabo zaznaczonego na mapie śnieżno-lodowego szczytu o wysokości prawdopodobnie lekko przekraczającej 5600 metrów.

Sławek oraz Ela Kamińska udali się pod szczyt liczący około 5450 m n.p.m, na który jak się nie załamie pogoda wejdą 28.07.10

W bazie oprócz Karbowskiego i Sieradzkiego przebywają obecnie: Justyna Leszczuk (SKPB Warszawa), Mirosław Łabuz obraz Bartek Tofel (KW Warszawa).

Pogoda w górach Ak Su uległa pogorszeniu. Wzrosła temperatura i pojawiły się chmury deszczowe, z których póki w bazie pada deszcz, a wysoko w górach śnieg i śnieg z deszczem.

****************************************************************************

Pierwsze sukcesy i pierwsze klęski wyprawy Afganistan 2010 przeszły już do historii. Bez strat w ludziach zdobyto kilka dziewiczych szczytów.

Dobra i stabilna pogoda to jeden z większych atutów Gór Ak Su, w których obecnie działamy. Tak przynajmniej twierdzą dane statystyczne z okresu sowieckiej okupacji, gdyż zmysły mówią mi od trzech dni coś zupełnie przeciwnego. Tatrzański deszcz na przemian ze ciężkim śniegiem pada praktycznie nieprzerwanie, z moreny lodowca co chwila spadają nowe lawiny kamienne, a poziom wody w pobliskim strumienia niebezpiecznie przybiera z każdą kroplą wody. Niedługo będziemy poruszać się wyłącznie w kaskach i strojach kąpielowych…

Deszcz podobno zaczął padać od 28 lipca, ale wyglądając z namiotu ciężko w to uwierzyć. Starzy ludzie opowiadają, że wcześniej pogoda była znacznie lepsza. Na błękitnym niebie wypasały się bogate stada białych cumulusów dając tak upragniony cień (gdyż słońce na wysokości 4500 metrów potrafi nieźle dać w kość), a góry spoglądały na małych ludzików z dużą dozą sympatii. Przez te pięć dni, które dzieliły pierwsze załamanie pogody (nastąpiło równo z przybyciem do bazy 21 lipca i trwało 2 dni) od drugiego wyprawie udało się osiągnąć jako-takie sukcesy. Zdenerwowało to chyba nieistniejącego kirgiskiego szamana, którego zaczynamy podejrzewać o celowe psucie pogody. Afgańscy Kirgizi to chciwy, mieszkający w jurtach naród, trudniący się nie tylko wypasaniem jaków i owiec, ale także drobnymi kradzieżami, uprowadzaniem koni należących do obcokrajowców oraz podawaniem cen z kosmosu. Jak twierdzi nasz komputer wydaje się to prawdopodobne, że uwięzili słońce licząc na to, że wykupimy je za dolary. Niestety jako, że tych mamy coraz mniej (ostatnio kupiliśmy od nich kilka kilogramów baraniny za $150) pozostaje nam jedynie czekać. A czekając przypomnijmy może sobie chwałę dni minionych.

Pierwsze sukcesy górskie to zasługa Jacka Kierzkowskiego i Tomka Klimczaka (obaj należą do KW Warszawa), którzy 23 lipca ustawili w cieniu wielkiego kamienia z podwieszonej dolinki mały czerwony namiot o nazwie Viper (ang. Żmija). Następnego dnia we wczesnych godzinach porannych wyruszyli z niego na drogę o różnicy wysokości około 600 metrów i po wspinaczce w stromych i sypkich śniegach (których kąt nachylenia dochodził do 70*) oraz odcinkach kruchej skały zdobyli dziewiczy wierzchołek o wysokości 5321 metrów. Dosyć kształtny szczyt ochrzcili nazwą Kohe Atram (Góra Atram) a drogę mianem „Proste rozwiązanie”. Od wyjścia z żmijowego siedliszcza, przez stanięcie na szczycie i powrót do owego czerwonego schronu minęło osiem godzin. Chłopcy okazali się pierwszymi od 32 lat Polakami, którym dane było wejść na szczyt jakiejkolwiek góry w Afganistanie.

W tym samym czasie na pobliskim szczycie o wysokości 5711 metrów (według map Gensztabu ZSRR, którymi posługujemy się na wyprawie) działała Justyna Leszczuk, Maciek Ostrowski oraz ja. Zazdrośni o sukcesów kolegów daliśmy z siebie wiele, jeśli nie wszystko, lecz z powodu problemów zdrowotnych jednego z członków zespołu udało nam się wspiąć jedynie na przełęcz o wysokości około 5350 metrów, z której z kwaśnymi minami, musieliśmy zawrócić. Przełęcz dosyć przewrotnie i złośliwie ochrzciliśmy mianem… Przełęczy Toaletowej (w używanym w Afganistanie języku dari - Kotale Tasznob).

Wierzchołek, który nas odrzucił udało się szczęśliwie zdobyć dwa dni później, 26 lipca, trzem kolegom – Michałowi Karbowskiemu, Sławkowi Korytkowskiemu (obaj z KW Warszawa) oraz naszemu operatorowi filmowemu Rafałowi Sieradzkiemu. Chłopcy wyszli z namiotu leżącego u podstawy ściany po 00:30 rano, na szczycie stanęli ok. 9:15 czasu polskiego, a w namiocie byli z powrotem dopiero około 16. Wszystko za sprawą głębokiego śniegu, w którym zapadali się a to po kolano, a to po szyję, a to po udo. I tak co dziesięć – dwadzieścia kroków na przestrzeni kilku kilometrów, z kilkunastokilogramowymi plecakami na wysokości nieco ponad 5000 metrów nad poziomem morza. Piękną, ale niewdzięczną górę po przypełznięciu do namiotu ochrzcili na cześć swych byłych, obecnych lub przyszłych miłości mianem Kuh Se Zeboi (Szczyt Trzech Gracji).

W czasie, gdy chłopcy walczyli na śnieżnym szczycie, wszystkim osobom pozostałym w bazie sen z powiek spędzały losy innego zespołu. Piotr Kłosowicz (KW Warszawa i SKPB Warszawa) oraz Tomek Rojek przeżywali nie lada kłopoty na grani pozornie łatwego skalno-lodowego wierchu. Krótka, w zamysłach pięciogodzinna wycieczka na leżący w pobliżu bazy cel, zamieniła się w 38 godzinną walkę bez sprzętu biwakowego (kuchenki, namiotu, śpiworów czy jedzenia) łączącą w sobie zarówno próby ujścia z życiem spod dwóch lawin (w tym jednej kamiennej) oraz przeżycia noclegu na wysokości około 5300 metrów. Ostatecznie chłopakom udało się nie tylko przetrwać, ale i zdobyć krąbrny wierzchołek Bordze Polandi (Polskiej Baszty, jak ochrzcili złośliwca) liczący 5566 metrów. Do bazy wrócili wieczorem 25 lipca nieco zmęczeni, wychudzeni i przestraszeni, ale szczęśliwi.

I na tym, nie licząc samotnego prawie wejścia na liczący 5613 metrów szczyt w wykonaniu Mirka Łabuza zakończyły się dotychczasowe świetliste sukcesy wyprawy. Mirek zatrzymał się 11 metrów przed wierzchołkiem zostawiając szczyt wraz pudełkiem ciastek HIT (rzadki to rarytas na afgańskim końcu świata!) dla kogoś, komu bardziej niż jemu zależy na zdobywaniu i podbijaniu dziewiczych fragmentów planety.

Nastały dni szarości i smutku. Nastał 28 lipca. Piotrek i Tomek, którzy wyruszyli w góry musieli wrócić do bazy kolejnego dnia z powodu bardzo silnego zatrucia pokarmowego. Ela Kamińska (KW Warszawa) i Sławek Korytkowski przed odwrotem przesiedzieli dwa dni w żołądku maleńkiej Żmiji ukrytym pod ścianą, z której co chwila waliły lawiny z mokrego śniegu lub obluzowanych kamieni. Tomek Klimczak i Maciek Ostrowski przez pół nocy walczyli w 800 metrowej ścianie w zacinającym śniegu, by po zrobieniu drogi i osiągnięciu przełęczy w grani zrezygnować z bardzo bliskiego już szczytu o wysokości 5625 metrów. W ostatniej chwili wycofali się do leżącego w dole maleńkiego czerwonego namiotu by ratować życie, a i tak po drodze zagarnęły ich dwie śnieżne lawiny.

I tym sposobem stała się rzecz niemożliwa od początku wyprawy – w jednym momencie w bazie znaleźli się wszyscy uczestnicy. Siedzą teraz i gniją w wilgotnej atmosferze, a „Baza Ludzi z Mgły” (jak ostatnio ochrzciliśmy miejsce naszego spoczynku) stała się świadkiem nieustającej rozpusty kulinarnej, wyzywania pogody od najgorszych, ciskania w pobliską łachę śniegu wielkimi kamieniami, opowiadania strasznych głupot, intensywnego samokształcenia (ceny książek osiągnęły poziom nieobserwowany w Afganistanie od stuleci) i innych działań zabijających nudę i deszcz.

W chwili obecnej, dnia pańskiego 30 lipca, wszyscy marzą tylko o dwóch rzeczach – poprawie pogody (musimy opuścić bazę najpóźniej 5 sierpnia) lub dużej dawce opium (od którego uzależnionych jest wielu chciwych Kirgizów). Jako, że na to pierwsze nie mamy wielkiego wpływu (szaman jest złośliwy, a dolarów w kasie niewiele) lada chwila z bazy wyruszy ekspedycja z celem zrealizowania tego drugiego marzenia. Oprócz celów czysto hedonistycznych ta grupa degeneratów zbierze także dane epidemiologiczne (celem dostarczenia za rok dobrze ukierunkowanej pomocy medycznej), zakupi kilka rekwizytów dla Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie oraz postara się jak najlepiej udokumentować życie chciwych, a wrednych Kirgizów, na filmie i zdjęciach. By prawdzie stało się zadość wasz korespondent wejdzie w jej skład i wszystko dokładnie opisze. Trzymajcie kciuku za pogodę i do usłyszenia za tydzień!

Bartek Tofel

Z ostatniej chwili:

Rankiem 1 sierpnia (czyli dziś) nad obozem zaświeciło słońce! Panuje wielkie poruszenie. Wszyscy wylegli z namiotów by przesuszyć zawilgotniałe i podgniwające rzeczy. Odważniejsi (tylko kobiety są do tego zdolne) postanowili umyć włosy. Ale przede wszystkim panuje nastrój planowania najbliszych akcji górskich. Wiadomo, że czasu pozostało niewiele, dla niektórych to ostatnia szansa na zdobycie dziewiczego wierzchołka. Oczywiście aby warunki były odpowiednie i śnieg przyjął bezpieczną formę potrzeba dłuższego działania promieni słonecznych, ale już dziś większość zespołów udaje się w pobliże swoich celów aby w wysunietych bazach obserwować warunki i być gotowym do ataku szczytowego.

Z nieoficjalnych jeszcze ustaleń wynika, że zespoły będą atakować następujące cele:

1. Piotr Kłosowicz, Tomasz Rojek - przejście granią smoczego grzebietu ze zdobyciem szczytu o wysokości ok. 5500 m n.p.m.

2. Tomek Klimczak, Maciek Osttrowski - zdobycie szczytu 5625 m z którego musieli uprzednio zrobić odwrót przez diretissimę - środkiem północno-wsch. ściany.

3. Sławek Korytkowski, Ela Kamińska, Jacek Kierzkowski, Rafał Sieradzki - zdobycie szczytu 5450 m n.p.m. na krańcu lodowca (spod którego pogoda wygnała wcześneij Elę i Sławka)

W bazie na nasłuchu zostają Karpiu i Mirmił.

Trzymajcie kciuki za powodzenie i bezpieczeństwo akcji.

Rafał Sieradzki

   

***

Sklepy "HORYZONT" wspierają wyprawę "AFGANISTAN 2010"

Polecamy stronę wyprawy    Afganistan 2010
   
Śledź mapę z postępami wyprawy     Afganistan 2010 mapa wyprawy
   
Wieści z wyprawy - relacja pierwsza    Afganistan 2010 - relacja pierwsza
   
Wieści z wyprawy - film pierwszy (Youtube 6'47")    Afganistan 2010 - film 1
   
Wieści z wyprawy - film drugi (Youtube 5'40")    Afganistan 2010 - film 2
   
Wieści z wyprawy - film trzeci (Youtube 3'21")    Afganistan 2010 - film 3
   
Wieści z wyprawy - film czwarty (Youtube 4'34")    Afganistan 2010 - film 4
   
Wieści z wyprawy - film piąty (Youtube 6'49")    Afganistan 2010 - film 5
Wyprawa "AFGANISTAN 2010" - relacja druga

09.08.2010

Jesteśmy jakieś 4 dni od Sarhadu, gdzie zostawiliśmy auta. Jutro wchodzimy na przełęcz 4900 m n.p.m. Idziemy okrężną drogą, bo przybrały rzeki i został zerwany most oraz nie ma przejścia przez brody. Za bardzo nie wiemy o co chodzi, ponieważ zostaliśmy bez tłumacza a dokładnie została nas czwórka „samochodziarzy” – Ela Kamińska, Sławek Korytkowski, Piotr Kłosowicz i Tomek Klimczak.

Spróbuję streścić ostatnie dni, co pozwoli wyjaśnić, dlaczego nas tak mało.

05.08.10 z czterema jakami i dwoma końmi dotarli do naszej bazy Kirgizi, aby zwieźć nasze bagaże do najbliższej wioski. Musieliśmy zostawić część beczek z żywnością, żeby wszystko zmieścić na zwierzęta. Umówiliśmy się, że Kirgizi zabiorą to, co zostawiliśmy za „rabat” na zwierzęta.

Kiedy dotarliśmy do wioski okazało się, że jest prawie pusta, bo wszyscy bawią się na weselach. Ci, co zostali, zapewnili nas, że reszta z końmi pojawi się jutro z rana i zostanie zorganizowana karawana do Sarhadu.

Kirgizi w osadzie Ucz-dżilga nie należą do uprzejmych. Za każdym razem, gdy ktoś z nas był u nich w odwiedzinach, rano okazywało się, że koni nie ma i trzeba dwie-trzy godziny poświęcić na szukanie zwierząt. Po prostu złośliwie odwiązywali nam konie a potem ze śmiechem patrzyli, jak biegamy tam i z powrotem. Prawdopodobnie robiły to dzieciaki, za przyzwoleniem dorosłych. Jeżeli chodzi o gościnę, to za wszystko musieliśmy płacić – za nocleg w namiocie gościnnym, za chleb na który daliśmy mąkę itd. Po prostu czuło się, że chcą z nas jak najwięcej zedrzeć.

Rano, 06.08.10 okazało się, że jednak reszta mieszkańców wioski ze zwierzętami nie dotarła. W ekipie „samolociarzy” zrobiło się nerwowo, bo samolot odlatuje z Duszanbe 15.08 wcześnie rano. Próby rozmów z Kirgizami spełzały na niczym, wzruszali ramionami a my staliśmy w miejscu.

Po południu zapadła decyzja, że „samolociarze” na lekko wyruszą do Sarhadu a wyżej wymienieni zostaną z całym dobytkiem i zorganizują karawanę. Kiedy zrobił się ruch w naszej grupie Kirgizi się zaniepokoili, że może im uciec sprzed nosa zarobek. Zaczęli zapewniać, że następnego dnia na pewno będą zwierzęta . Nikt im już jednak nie wierzył. Osiem osób, w tym nasz tłumacz Jakub Gajda, ruszyło w pięciodniową podróż do Sarhadu.

Z nami został jeszcze Bartek Tofel, który wraca do Polski dopiero w połowie września. Umówił się z pasztuńskim kupcem, że będzie razem z nim wędrował po afgańskim Pamirze.

Wieczorem udało się nam sprzedać ogiera, karnister paliwa i beczkę, w której mieliśmy żywność. Oczywiście byliśmy na tym mocno stratni. Ogier poszedł za jedną trzecią ceny, jaką za niego zapłaciliśmy. Pewnie mieli radochę, że nas nieźle okantowali.

Następnego ranka tj. 07.08.10 oczywiście nie wyruszyliśmy. Okazało się, że konie są, ale nie ma ludzi i mogą nas najwyżej odprowadzić do wioski Hasz Goz. Wioska ważna, bo mieszka w niej chan wszystkich Kirgizów w Małym Pamirze – Hadżi Osman. Cóż mieliśmy zrobić? Byliśmy zdani na ich dobrą wolę.

Po pięciu godzinach wędrówki, przekroczeniu paru rzeczek, z których jedna porwała Elę i oddała po jakiś 20 metrach, zostaliśmy przywitani przez mieszkańców wioski Hasz Goz. Atmosfera zupełnie inna niż w poprzedniej wiosce. Zostaliśmy zaproszeni do „turystycznej” jurty jako goście bez żadnej opłaty. Chan jak najbardziej zgodził się wynająć nam konie na karawanę. Po dosyć krótkich negocjacjach ustaliliśmy cenę i wszystko wyglądało bardzo dobrze…oprócz pogody. Zrobiło się zimno, ciemno i nieprzyjemnie. Zaczął padać rzęsisty deszcz.

Nasza gościnna jurta stała się miejscem spotkań mieszkańców wioski, jak i odwiedzających ich kupców i podróżnych. W ten sposób poznaliśmy afgańskich rangersów, czyli strażników parku narodowego w Małym Pamirze. Sami tak siebie nazywali. Ich zadaniem, oprócz raportowania incydentów kłusowniczych jest wyszkolenie około 70-ciu nowych rangersów, którzy będą chronić bardzo rzadkie pantery śnieżne oraz owce Marco Polo (rogate zwierzęta charakterystyczne dla tych terenów).

Zrobiliśmy również pokaz naszych filmów i zdjęć na laptopie. Najwięcej emocji wzbudziły zdjęcia Bartka z Buzkaszi czyli zawodów polegających na przechwyceniu bezgłowego truchła kozy przez jeźdźców.

Wieczorem zostaliśmy poczęstowani kolacją – gotowanym ryżem z tłuszczem i rodzynkami. Za darmo.

08.08.10 pogoda dalej nas nie rozpieszczała. Chan przekazał nam, że dzisiaj nie ruszymy z powodu złej pogody oraz konieczności sprowadzenia koni z odległych pastwisk. Jakoś nas to za bardzo nie zmartwiło. W końcu mogliśmy odpocząć, najeść się i po prostu pobyczyć.

Wieczorem niechcący zorganizowaliśmy seans filmowy, na którym pojawiło się około 10-ciu Afgańczyków łącznie z chanem Hadżi Osmanem.

Przed snem zostaliśmy już tradycyjnie poczęstowani kolacją – tym razem gotowany ryż z tłuszczem i mięsem kozy.

Dzisiaj wyruszyliśmy około godziny 11. Karawanę stanowi osiem koni miejscowych i nasza Kulaska z Elą na grzbiecie. Okazało się, że Ela też jest kulaska i nie może iść.

Godzina 17 a my pijemy właśnie nad górską rzeką ciepłą herbatę i przygotowujemy się do jutrzejszego trudnego dnia. Przed nami przełęcz 4900 m n.p.m. Za cztery dni być może będziemy w Sarhadzie.

P.S. U chana dowiedzieliśmy się też, że dotarł do niego Elwood (nasz kierowca, który został w Sarhadzie z motorowerem Simson) ze swoją gitarą i narobił niezłego zamieszania zyskując sławę jak Pamir długi i szeroki.

Sławek Korytkowski

Mapa rejonu działania wyprawy "Afganistan 2010"

Andanza de Honker – wyprawa rowerowa łódzkich harcerzy do Barcelony – sierpień 2010

Andanza

Pomysł na wyprawę rodził się w naszych głowach w trakcie tegorocznych wakacji, kiedy myśleliśmy nad tym, o czym w życiu marzymy, i czego chcemy wspólnie dokonać. Pojawiały się różne pomysły, były góry, długie wędrówki, żagle... Większość głosów zdobył jednak pomysł Konrada, który zaproponował, abyśmy udali się na rowerach do Barcelony. To dopiero będzie wyczyn!

Dlaczego Barcelona?

Barcelona, czy to nie brzmi egzotycznie? To miasto, które od zawsze kojarzyło się nam z wysoką temperaturą, wiecznym słońcem i błogością. Z miejscem spokoju i radości przyciągającym nas swoją finezją i wyjątkowością. Kojarzy się z wąskimi uliczkami skąpanymi w słońcu i wieloma atrakcjami turystycznymi.

Wszystko to powoduje, że pobyt w Barcelonie był naszym nieosiągalnym, młodzieńczym marzeniem. Dzięki wspólnemu zamiłowaniu do podróżowania,naszej przyjaźni i... rowerom, stało się to realne, i to właśnie na dwóch kółkach pragniemy siłą własnych mięśni dotrzeć do naszego wspólnego marzenia!

Dlaczego rowery?

Inaczej, byłoby zbyt łatwo!
Wyjazd który zaplanowaliśmy jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem. Wymaga całorocznych treningów i zadbania o logistykę wyjazdu.

Turystyka rowerowa umożliwia doskonałe poznanie terenu, przez który się jedzie. Jest tania, gdyż poza kosztem samego roweru wymaga od nas jedynie odpowiedniej kondycji. Otwiera człowieka na przyrodę, oraz daje większą wolność poruszania się. A na dodatek, całą pokonaną trasę będziemy czuli we własnych nogach - czyż to nie wyzwanie?

Tak już zostało. Chcemy dojechać o własnych siłach do Barcelony - miasta, które dla wielu z nas jest spełnieniem marzeń o dalekiej, zagranicznej podróży. Łączy się dodatkowo z naszymi ideałami wędrowniczej pracy nad sobą, ponieważ zdecydowana większość z nas nie ma większego doświadczenia z jazdą na rowerze - nie mówiąc o wyjeździe poza granice kraju. Mimo wszystko podejmujemy się wyzwania i szykujemy do tego, aby w sierpniu 2010 roku wyruszyć i "podbić" stolicę Katalonii!

Zapraszamy na stronę wyprawy >

Trzymajcie kciuki!

Czuwaj!

Sklepy HORYZONT wspierają wyprawę ANDANZA DE HONKER

Wyprawa TRANSPYRENEES 2009

 „Podróże uczą pokory. Wobec przyrody, innych ludzi i siebie. Ekstremalne podróże zmieniają człowieka jeszcze bardziej. Chyba na lepsze. I chyba na zawsze.”

Te słowa odkrywcy i podróżnika Jerzego Majcherczyka stały się inspiracją do powstania projektu wyprawy TRANSPYRENEES 2009.

O Pirenejach słyszał pewnie każdy, ale niewielu potrafi powiedzieć o nich coś więcej.
Ci którzy tam byli mówią, że to kraina gdzie szumią ogromne wodospady, konie swobodnie pasą się na łąkach, wioski wydają się być przeniesione z głębokiego średniowiecza, a górskie szczyty występują w każdej formie.

My świadomie rezygnując z wszelkich wygód i codziennych przyjemności, z perspektywą walki z przeciwnościami losu, nieprzewidywalnymi warunkami atmosferycznymi, a przede wszystkim z samym sobą ruszamy w Pireneje by przekonać się na własne oczy jak wygląda ten rzadko odwiedzany przez naszych rodaków zakątek Europy.

proroca1

Uczestnicy:

Artur Stokowski - 20 lat          

Student I roku geografii na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie mieszka w podwarszawskim Okuniewie. Od dziecka wiele czasu spędzał nad mapami planując swoje przyszłe podróże. Góry pierwszy raz zobaczył, gdy miał 9 lat, kiedy ojciec zabrał go w Sudety. Właśnie tam zaczęła się pasja która trwa  rozwija się do dnia dzisiejszego. Jego pierwszym większym przedsięwzięciem w górach było przejście całych Sudetów (2006), rok później  samodzielnie zorganizował i udał się w swoją pierwszą „wyprawę” przechodząc trasę z Bielska Białej do Ustrzyk Górnych wzbogacając ją o Tatry. Ostatnie wakacje spędził w Tatrach schodząc z plecakiem większość szlaków po obu stronach granicy.  Prowadzi aktywny tryb życia, uwielbia jazdę  na rowerze, biega, uprawia wspinaczkę.

Marcin Kaczyński - 22 lata

Absolwent ekonomii  PWSBiA oraz student geografii na Uniwersytecie Warszawskim. Od urodzenia mieszka w Oziemkówce (malowniczo położonej wsi w dolinie Wilgi w okolicach Garwolina), a w roku akademickim w Warszawie.

Jako mały chłopiec podróżował z rodzicami w przeciwnym niż południe Polski kierunku – nad Bałtyk. Jednak pokusa zasmakowania prawdziwej przygody była w nim bardzo silna. Jego pasją stał się rower. Największą jak do tej pory wyprawę rowerową odbył w ubiegłe wakacje, kiedy to samotnie przemierzył Skandynawię, przejeżdżając blisko 2 tys. km.

Góry nie były jego pierwszą miłością, do osiemnastego roku życia znał je tylko ze szkolnych wycieczek. Jednak otwarcie na nowe wyzwania sprawiło, że to właśnie one obok roweru stały się jego drugą pasją. Od tamtej pory, kiedy tylko nadarza się okazja staje przed trudnym wyborem – czy spakować sakwy rowerowe, czy ciężki plecak?

Charakterystyka regionu

Pireneje to łańcuch górski rozciągający się między Zatoką Biskajską, a Morzem Śródziemnym na przestrzeni 450km, tworzący naturalną granicę między Francją i Hiszpanią. To trzecie pod względem wysokości góry w Europie. Znajduje się tutaj ponad 100 szczytów przekraczających 3000m n.p.m. z najwyższą kulminacją Pico de Aneto (3404m n.p.m.). Ich nazwa wywodzi się prawdopodobnie z baskijskiej nazwy llene os oznaczającej Góry Księżycowe. Mimo położenia w południowej Europie klimat Pirenejów jest bardzo zróżnicowany, zależnie od rejonu. Występują tu obszary porośnięte bujnymi lasami z intensywnymi opadami, a także bardzo suche. Wysoko w górach, nawet latem, można trafić na przymrozek czy zamieć śnieżną. Zachowało się tutaj jeszcze kilka niewielkich lodowców, niestety naukowcy przewidują ich zaniknięcie w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. Dzięki tak osobliwym warunkom możemy obserwować bogactwo endemicznej i reliktowej flory i fauny. Region Pirenejów jest słabo zaludniony, nie leży tam żadne duże miasto, także ważne drogi omijają góry od wschodu lub zachodu. Podstawą gospodarki jest pasterstwo, szczególnie koni i owiec, natomiast w dolinach uprawia się m.in. oliwki i winną latorośl, ośrodki turystyczne to zaledwie klika małych miejscowości, dzięki czemu ruch turystyczny jest bardzo słabo rozwinięty.

Cel wyprawy

Naszym celem jest piesze przejście łańcucha Pirenejów. Po drodze chcemy zdobyć kilka, a jeśli warunki (i siły) pozwolą może nawet kilkanaście ważniejszych szczytów  m.in. Pico de Aneto (3403m n.p.m.) – najwyższy szczyt pasma, Vignemale (3298m n.p.m.) – najwyższy szczyt części francuskiej Pirenejów czy Monte Perdido (3355m n.p.m.) – trzeci co do wysokości szczyt Pirenejów, którego nazwa wywodzi się z aragońskiej legendy.

Oczywiście długi trekking i zdobywanie szczytów to nie wszystkie założenia wyprawy, mamy zamiar odwiedzić też miejsca, które z różnych powodów zasługują na uwagę np. najwyższy wodospad Europy, słynny Kanion Ordesa  czy Dolinę Roncesvalles - legendarne miejsce śmierci rycerza Rolanda.

proroca1

Trasa

Droga będzie wiodła przez 3 kraje: Francję, Hiszpanię i Andorę. Rozpoczniemy ją w połowie lipca z francuskiego miasta Hendaye położonego nad Zatoką Biskajską, gdzie góry dosłownie wynurzają się z oceanu. Pierwszy etap będzie wiódł z wybrzeża do Cyrku Lescun przez Kraj Basków i Nawarrę i potrwa około tygodnia. Stamtąd zacznie się druga najdłuższa i najbardziej wyczerpująca, 4-tygodniowa część, prowadząca nieustannie przez wysokie góry często przekraczające 3 tys. m n.p.m.  Ostatni etap rozpocznie się ze szczytu Canigou (2784m n.p.m.). Będzie to zejście na coraz niższe wysokości, do brzegu Morza Śródziemnego, gdzie zakończymy trasę w maleńkim miasteczku Port Bou na granicy Francji i Hiszpanii. Cały trekking potrwa około 45 dni. W tym czasie będziemy mieć do pokonania około 900km między jednym, a drugim wybrzeżem oraz około 50km przewyższenia. Oprócz długości trasa stwarza problem zaopatrzenia, ponieważ będzie przebiegać przez obszary odludne, możliwość zakupu żywności będzie sporadyczna. Trudności mogą też wystąpić z dostępem do wody pitnej, często zanieczyszczonej przez wypasane zwierzęta, a w suchych rejonach trudnej do odnalezienia.

W Pirenejach istnieje stosunkowo gęsta sieć szlaków turystycznych, lecz są one oznaczane np. kopczykami z kamieni, czasem wcale, jedynie nieliczne szlaki są oznaczone jaskrawymi barwami widzianymi z daleka. Wymaga to ciągłej uwagi na trasie, szczególnie w miejscach rzadko uczęszczanych, gdzie przebieg ścieżki nie musi być jednoznaczny.

Fjord Nansen i sklepy HORYZONT wspierają ten projekt

Michała Frąckowiaka podróż dookoła świata... (2009)

Michał Frąckowiak w podróży dookoła świata

W życiu każdego człowieka nadchodzi taki ekscytujący moment, w którym musi on podjąć decyzje, od której absolutnie zależeć będzie całokształt jego dalszego życia i nie dajcie się zwieść już na początku, bo zawsze są jakieś opcje. Tak oto, gdy ukończyłem studia na Uniwersytecie Gdańskim i w moim życiu nastał jeden z tych "dreszczykowych" momentów. Oczywiście, mogłem rozpocząć jak to się poważnie mówi karierę życiową i związać się dajmy na to z jakimś biurem tłumaczeń, mogłem również pójść na kompromis i ubiegać się o stypendium w jakimś z obcych krajów lub tez mogłem ślepo i uparcie dożyć do realizacji moich szalonych pomysłów i zrobić to, czego nie robi się codziennie, udać się w podróż dookoła świata… i tak też właśnie uczyniłem.

Miałem na tyle szczęścia, że na swej drodze napotkałem ludzi, którzy podzielając moja pasje uczynili mi ten zaszczyt i udali się wraz ze mną na owa wspaniałą, zamorska włóczęgę. Szczerze mówiąc wyprawa sama w sobie przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Nie tylko można poznać cuda i wspaniałości obcych kultur, stawić czoła nowym, nieprzewidzianym wyzwaniom, ale również odnaleźć ów pierwiastek swojej osobowości, który ukrywa się gdzieś nierozpoznany w normalnym bytowaniu i ujawnia się dopiero w warunkach wielomiesięcznych znojów podróżniczych. Oczywiście nie zawsze podoba nam się to, co ukazuje się naszym oczom, lecz jest to niestety immanentny element naszej natury.

Pierwszy etap wyprawy już się zakończył. Trasa wiodła z Polski do Nowej Zelandii. Więcej informacji zawarte na stronie dedykowanej ekspedycji, na która serdecznie zapraszam. http://expeditionmichal.wordpress.com. Strona w języku angielskim, lecz nawet, jeśli nie władasz owym językiem zdjęcia winny mówić same za siebie. Wejdź i sam zobacz a jeżeli chciałbyś w jakiś sposób mi pomoc nie zwlekaj dłużej. Stań się częścią mojego marzenia i tego porywającego projektu życia, jakim jest EXPEDYCJA MICHAL 2009.


Serdeczne pozdrowienia z drugiej strony globu
Michał Frąckowiak

Rowerem i kajakiem dookoła Europy 2009-2010 (wg Macieja Grzymisławskiego)

Maciej Grzymisławski jest muzykiem i pasjonatem życia. Ma 29 lat i mieszka w Borku Wielkopolskim, skąd przedsięwziął już kilka wypraw, zarówno rowerem jak i kajakiem.

Na dwóch kółkach zwiedził już Istambuł, trasę Inflanty – Skandynawia, Włochy oraz ponownie Skandynawię. Brał udział w maratonach rowerowych, m.in. w 2008r. w słynnym Imagis Tour, podczas którego zajął 18. miejsce z czasem 56:29 h. Ponadto spłynął kajakiem rzeką Wartą, w 2005 r. przez 3 tygodnie przemierzał Czechy autostopem, a także przeszedł pieszo znaczną część wybrzeża M. Bałtyckiego.

W marcu 2009 r. wyrusza w wymarzoną i planowaną od dawna wyprawę „Around Europe by Bike”. Zupełnie sam, zdany wyłącznie na własny sprzęt i hart ducha, przemierzy około 30 tysięcy kilometrów na przestrzeni 29 państw oraz w czasie około półtora roku. W swej podróży, nastawionej na poznanie kultury i życia codziennego, a także przyrody oraz zabytków, planuje również zahaczyć o Czarny Ląd w okolicach Gibraltaru.

Zapraszamy na stronę Macieja Grzymisławskiego

Rajd przygodowy ON-SIGHT Adventure Race - Wielkanoc 2009

Rajd przygodowy ON-SIGHT Adventure Race w Obornikach Wielkopolskich zakończył się uroczystością rozdania nagród w niedzielę o 9:00 w Hali Sportowej. Nagrody wręczała pani burmistrz Obornik Anna Rydzewska. W rajdzie wzięło udział 37 zespołów czwórkowych z całej Polski. Przygotowane dwie trasy o różnych stopniach trudności były wyzwaniem dla zespołów, doświadczonych startujących w największych światowych imprezach AR, ale wyzwanie podjęli również debiutanci w Adventure Race.

Zwycięzcy rajdu

Trasa długa (133 km) została pokonana przez zespół Nawigator w najkrótszym czasie 14 h 26 min. Na drugim miejscu uplasował się zespół team 360° z czasem 14 h 33 min, a za nim Speleo Salomon (14 h 51 min).

Limitem czasu przebycia długiej były 24 godzin.

Na podium trasy krótkiej (55 km) stanęły zespoły: AntyMaryna Team na 1 miejscu z czasem 05 h 39 min, 2 miejsce: nie rozumiem (05 h 57 min 25 s), 3 miejsce: Tchapayev Team (06 h 21 min 50 s). Limit czasowy dla trasy krótkiej wynosił 12 godzin.

Start trasy długiej

Każdy zespół otrzymał mapę rajdu na 5 minut przed startem!

Zawodnicy wystartowali z Rynku w Obornikach o godzinie 24.00 w piątek.

Najpierw biegli po terenie miasta Obornik, a dalej 27 km jechali rowerem górskim w Puszczy Noteckiej. W miejscu tzw. przepaku pozostawili rowery, aby pokonać trasę 27 km pieszo: biegiem lub trekkingiem.

Tuż przed godziną 3 w nocy pierwszy zespół dobiegł do pierwszego zadania specjalnego, zlokalizowanego na starym moście kolejowym w Stobnicy nad Wartą. Zadanie polegało na podejściu po linowej drabinie i zjeździe po linie za pomocą urządzenia alpinistycznego.

Zawodnicy powrócili do miejsca przepaku i tam ponownie wsiedli na rowery, aby przejechać odcinek 43 km. Odcinki były pokonywane przez zespoły w nocy.

Niestety pogoda nie sprzyjała: zimny wiatr i poranny przymrozek dawały w kość zawodnikom.


Kajakarstwo

Płynięcie pod prąd rzeką Wartą, przenoszenie kajaków do oczka wodnego obok Warty to tylko niektóre trudności, które musieli podjąć zawodnicy. Był to już 104 kilometr trasy. Na szczęście zespoły wykonywały zadania już za dnia. Pogoda się poprawiła, niebo się rozchmurzyło a słońce zaczęło troszkę przygrzewać.

Trekking po Puszczy Noteckiej oferował zawodnikom kolejną ekstremalną atrakcję: Drugie zadanie specjalne polegało na podejściu po przewieszonej linie przez rzekę Wełnę za pomocą urządzeń alpinistycznych.

Ostatnim etapem trasy było pływanie na Pływalni Oborniki. Zawodnicy pokonywali odcinek 1 km dowolnym stylem.

Do mety na Rynku w Obornikach dobiegło 13 zespołów z 16 startujących na trasie długiej.

Start trasy krótkiej

Po otrzymaniu mapy rajdu, 21 zespołów trasy krótkiej wyruszyło na trasę o godzinie 10.00 w sobotę z Rynku w Obornikach.

Po biegu na orientację po terenie miasta, trekkingu/biegu w Puszczy Noteckiej czekało na zawodników zadanie specjalne – przejście po moście linowym przewieszonym nad rzeką Wełną.

Ostatnim etapem rywalizacji był spływ z nurtem rzeki, do punktu kontrolnego i powrót do punktu wodowania, pod prąd rzeki Warty.

3 km wiosłowania zakończyło się przejazdem rowerem na Rynek.

Trasę krótką ukończyło 17 zespołów.

Wyniki wszystkich 37 zespołów, pełną punktację z poszczególnych etapów rajdu oraz relację ze zdjęciami można zobaczyć na stronie www.race.onsight.pl

Autorzy zdjęć: Ula Ziober, Aleksander Jasik, exmedio.pl

Fjord Nansen i sklepy HORYZONT były sponsorem zawodów

Granice Bez Barier - Azja Środkowa 2008 (BRADZIAGA TEAM)
Granice Bez Barier - Azja Środkowa 2008
Na początku lata br. wyruszamy na drugą wyprawę z cyklu "Granice bez barier" - Azja środkowa 2008. W ciągu 2 miesięcy zamierzamy przebyć 16 - 18 tys. kilometrów przez Litwę, Łotwę, Rosję, Kazachstan, Kirgistan i Mongolię. Będziemy podróżować przebudowanym przez nas samochodem marki żuk. Auto wyposażone jest w napęd na 4 koła, reduktor, blokadę mostu, wyciągarkę. Jednostką napędową jest 3 litrowy diesel mercedesa współpracujący ze skrzynią biegów również mercedesa. Ekipę stanowić będzie 5 osób. Jeden z uczestników wyprawy jest osobą niepełnosprawną z I grupą inwalidzką. Oprócz podstawowego celu, przeżycia wielkiej przygody, poznania kultury ludów zamieszkujących te odległe tereny oraz kontaktów z dziką przyrodą, równie ważnym - równoległym celem jest uaktywnienie osób niepełnosprawnych i przełamanie stereotypowego myślenia o inwalidach. W edycji "Karpaty 2007" także brał udział niepełnosprawny uczestnik.

Więcej o projekcie, zdjęcia i relacje z wyprawy - na stronie ekspedycji >


Fjord Nansen był sponsorem sprzętowym ekspedycji.
Fjord Nansen i sklepy HORYZONT były partnerami projektu.

Z jak Zamberlan A jak Adventure T jak Trophy 2008 (by Chicken)
Relację dedykuję mojemu sąsiadowi - dobremu człowiekowi, wiernemu kibicowi

 A gdzie Panią znów wiatr niesie – pyta sąsiad który jak co dzień rano spaceruje ze swoim pupilem – poza granice, pewnie znów w te Himalaje, albo na te zawody w bieganie nocą po lesie?
- Dzień Dobry – odpowiadam ze stoickim spokojem – jadę na Zamberlan Adventure Race do Wisły
- A co to właściwie jest to Adventure Race? – wyjąkał z dużym zaciekawieniem – ja wiem, że w grupie dostaje się mapę i na rowerze jedzie, później biega, a jeszcze kiedyś pamiętam Pani pokazywała mi zdjęcia,  to jeszcze te wrotki były. Ale jak to jest tyle godzin, tak bez snu, nocą ciemno i zimno skąd tyle siły w człowieku się znajduje? Po co to wszystko?
-  Adventure Race, to – po krótkiej chwili zastanowienia odparłam –  przygoda i adrenalina , pokonywanie własnych słabości, to praca w zespole i obcowanie z przyrodą, ciekawość przed nieznanym, to rywalizacja.  Dla niektórych to pasja „a pasja to część życia i jeżeli człowiek ma pasję to jest szczęśliwy, bo jego życie ma twórczy sens” i chyba właśnie o to w tym wszystkich chodzi
- Ahh… gdybym był parę lat młodszy – wetknął z nutką zazdrości – Powodzenia Pani Karolino, będziemy trzymać kciuki, na pewno wszystko pójdzie jak należy
- Dziękuje Panie Marku, również mam taką nadzieję – powiedziałam, po czym domknęłam skrzynie i pomyślałam: kierunek Wisła!

Wraz z Ewą po 11:00 stawiamy się w Warszawie Zachodniej skąd odbiera nas Tomek i Adam z napieraj. Pakujemy manatki i suniemy do bazy (…) Jest godzina 19:00. W bazie gwarno. Już na samym wjeździe mijamy śmiałków próbujących swoich sił na nartorolkach – śmiechu co niemiara. Międzyczasie dojeżdża Maciej, załatwiamy formalności w sekretariacie i ruszamy na odprawę, później już tylko pakowanie przepaków, ostatnie poprawki przy bike’ach i długo oczekiwany sen. Na starcie kapela rozgrzewa wszystkich unikatowymi rytmami. A my mamy już pierwszy problem – jedno z ogniw w łańcuchu roweru Macieja się zbuntowało – na szczęście raz dwa się go pozbywamy. 5,4,3,2,1… poszli. Pierwszy odcinek MTBO pozwala się rozgrzać bez żadnego ale! Mozolne ciśnięcie przeplata się z prowadzeniem roweru. Myślę sobie, łola boga kobieto w coś ty się wpakowała. Maciej zabiera mi rower, ze zdziwieniem pytam co robi, on natomiast skromnie odpowiada, ze jeszcze będę miała okazje się zmęczyć i mam sobie odpoczywać dopóki jest to możliwe. Tak też robimy, na szczęście po każdym podjeździe musi nastąpić zjazd. Tutaj troszkę zyskujemy na technice, która wystarcza, aby w miarę sprawnie ześlizgnąć się po błocie i kamieniach. Mija punkt za punktem, raz my kogoś wyprzedzamy innym razem ktoś nas, pada lekki deszcz. Docieramy do 4 punktu (chyba), gdzie partner informuje mnie, że zostało 30min do limitu. Moje zdziwienie jest ogromne – nawet ogromne to za mało powiedziane. Jak to? Przecież ciśniemy na tych rowerach? Czyżby za słabo, a może to trzeba mocniej, a my jeszcze o tym nie wiemy? Coś mi tu nie pasuje, to nie możliwe, ze jedziemy na limicie! Fakt faktem nie jesteśmy Irkami czy Igorami, ale swoje potrafimy. Pytam sędziego ile teamów już tu było? I wtedy słyszę zbawienne słowa „Wy jesteście 14”. Krótka analiza to za nami jest ponad 45 teamów i mają jedyne 30min? Ale w tej chwili zbytnio mnie to nie interesuje. Adrenalina urosła trzeba spadać stąd czym prędzej. Już nie przeszkadzają mi kamienie na zjazdach, a bez błota robi się jakoś dziwnie smutno. Trzeba zasuwać. Etap Mtb kończymy szybko i sprawnie. Na szczęście limity czasowe poszły sobie z dala od nas i o to właśnie nam chodziło. Zbliżamy się do ZS, na ostatniej prostej widzimy napieraj z żółwim elementem na holu. Maciej patrzy na mnie ucieszony: „To co wyprzedzamy?!”. Dociskamy tępo i parę metrów przed sędzią jesteśmy przed Krzyśkiem i Magdą. To miał być taki nasz mały psikus który się udał ;))) Miło w końcu rozprostować kości. Muszę przyznać, że park linowy robi na mnie wrażenie, jest dobrze przygotowany, nie stoimy w żadnej kolejce. Rozprawiamy się z nim prędko. Ja zaliczam zjazdy, które pozwalają chwile odsapnąć. Zjadam marcepana i znów… całe życie pod górę. Pniemy się sempertynkami wolno, ale równomiernie. Przypomina mi się mój kolega Tomek W., który jeździ na szosie. On zawsze ma takie równe tempo – w końcu i ja się nauczyłam serio, serio.

Małe problemy ze znalezieniem punktu, ale w końcu się udało. Zaliczamy pkt. 9. następnie chatkę AKT i gramolimy się na przepak. Dosłownie zielony szlak ciągnie się w nieskończoność. I jesteśmy, szybki posiłek, zmiana ciuchów… ojeja w końcu jest sucho, nie ma roweru, super! Opuszczamy to magiczne miejsce, zaczyna padać. Punkt 12 daje, a właściwie to nie daje o sobie znać. Czeszemy las, poświęcamy 1,5 godziny, pocieszam się, że nie my jedni jest tu jeszcze kilka teamów. Pędzimy w Czechy i tu spotykamy ponownie Napieraj. Dojście do punktu wygląda nieciekawie. Maciej konsultuje się z Krzyśkiem, jaki ma plan, w rezultacie końcowym stawiamy na jego doświadczenie. Idziemy dłuższy kawałek razem. Krzysiek opowiada jak to tam wesoło na Ukrainie było podczas ostatnich zmagań. W tym miejscu chciałam bardzo podziękować napieraj z żółwim elementem za pomoc i mile spędzony czas!

Dochodzimy do punktu, podbity. Tutaj już nasze ścieżki się rozchodzą… ale jak się później okazało nie na długo. Całe szczęście kolejny punkt jest już nieco prostszy, a może tak nam się tylko wydaje? Minęło może pół godziny, a przed naszymi oczami ujawniają się dwie znajome postacie. Jedna wyższa, druga niższa dziarsko zasuwające do przodu, ale to nie haluny…nie nie kochani … to, to napierajki:) Wymijamy się tak na treku co chwilkę. I tak upływa noc dnia pierwszego. Nad ranem łapie mnie kryzys. Wspinamy się na jakąś górkę, nawet zbytnio nie interesuje mnie co to za góra i który to punkt. Przypinam się pod Macieja i drepcze noga za nogą. Czyżby to już koniec? Nie oczywiście, że nie no co by mój sąsiad powiedział, przecież on tak bardzo mi kibicuje. Maciek wciąga mnie na punkt. Dostarczam organizmowi trochę elektrolitów i czuje się jak nowo narodzona:) Zbiegamy z górki raz dwa i pędzimy na przepak.

Znów to cudowne uczucie suche ciuchy, jedzenie, troszkę znajomych twarzy w koło, aż chce się jechać. Na dzień dobry bardzo przyjemny bardzo szybki zjazd, później troszkę po płaskim i tu pojawia się poważny problem. Maćka kolano odmawia posłuszeństwa, nie może mocniej zgiąć nogi, powoduje to silny ból nie wspomnę już o pedałowaniu. Stajemy na poboczu, mija 25minut, sytuacja wygląda dość nieciekawie. W głowie najgorsze myśli: Nie no już koniec, no ale co poradzić zdrowie ważniejsze niż chore ambicje. Podłączę się do jakiegoś teamu i będę sobie jechać do wieczora, a nocą zobaczymy. Ale chwila przecież musi być jakieś sensowne rozwiązanie. W rezultacie końcowym łyka leki, smaruje kolano i po mału jedziemy dalej. Uświadamiam sobie, że ściganie odeszło sobie w siną w dal, rywalizacja dla nas się skończyła – problem będzie powracał jak nie na podjazdach to na biegu. Ale powtórzę to jeszcze raz głośno zdrowie jest najważniejsze. Teraz jadę już czysto dla zabawy, frajdy, rozrywki? Zwał jak zwał. Może dlatego nim się obejrzałam znaleźliśmy się na kajakach. Ten etap zaczynamy dość ciekawie, mijamy ekipę TV w motorówce i prezentera który gramoli się na linach, wygląda to przekomicznie. Jednak wiosłowanie staje się coraz bardziej monotonne do tego stopnia, że niespodziewanie zasypiamy (jak się później okazało na 6min) na jeziorze, przy czym nie przestajemy wiosłować. Moje wiosło uderza w wiosło Maćka wydając hałaśliwy dźwięk. Budzimy się i spostrzegamy, że płyniemy nie w tą stronę. Trzeba przycisnąć. Napieramy mocno, dzięki czemu szybko się rozbudzamy i docieramy do lądu. Muszę przyznać, że pierwszy raz zasnęłam na jeziorze i po dzień dzisiejszy nie wiem jak myśmy to zrobili, że wioseł nie potopiliśmy. Na brzegu pochłaniamy troszkę kalori i kogo widzimy dopływającego do brzegu, no kogo... stanowczo moj ulubiony team na tym rajdzie Madzie z Krzyśkiem. - wypakowują się na brzeg, a my ruszamy na bike'i.

Na rowerze czuje się jak w niebie. Śmiga mi się rewelacyjnie nie chce mi się spać, wręcz przeciwnie jak by ktoś turbo dopalacz włączył. Strasznie lubię przejeżdżać przez małe mieściny – dzieci bawią się starą piłką, starszy pan niesie kanie mleka – do tego to niebieskie niebo. Jednak z tej wspaniałej aury wytrąca mnie szybko przejeżdżające BMW. Maciek również w pełni rozbudzony i zdziwiony, że tak cisnę. Ale spokojnie ta relacje byłaby zbyt nudna gdybym tak cały czas gnała ;) Chodź nie ukrywam, że ten etap poszedł bardzo szybko. Na przepaku, aż łezka w oku się zakręciła, że już rower trzeba zostawić i trek ruszać. Na początku jednak ruszamy na nartorolki, jakże długo oczekiwane przezemnie – jako coś nowego. Zamieniamy dwa kółka na nieco mniejsze, kijaszki w dłonie i… rolki to to nie są. Szybki instruktarz i łyżwujemy. Strasznie mnie drażni piach, dziury i kamienie. Co ten organizator sobie myślałam, że tu czołówka świata w nartorolkach będzie?! Każda wyrwa to osiem zdrowaśków w moim wykonaniu. Uff.. chwile później jest już normalny asfalt i zaczyna się zabawa na maksa. My do góry a tu ktoś sunie w dół nie do końca panując nad tym wynalazkiem. Troszkę się martwię czy nie wpadnie do płynącego tuż obok strumienie, ale (pewnie teraz wszyscy pomyśleli, że napisze: wywinął orła jakich mało) orła nie było. Dopiero na punkcie dowiaduje się jak działają hamulce. Niestety nie załapaliśmy się na jazdę próbną w środę, więc powrót do bazy będzie czystym eksperymentem – kilka spontanicznych krzyków i po bólu ;D Zdejmując nartorolki czuje pewne rozczarowanie, no jak to miał być taki super etap, coś nowego innego, a tu takie coś. Eh… z przykrością stwierdzam, że nie zrobił on na mnie większego wrażenia.

Zjadamy ciepły posiłek i przerysowujemy mapę, nasza ”troszkę” zamokła na kajakach. Postanawiamy zrobić szybko przepak, aby jak najmniej czasu spędzić w tak przytulnym miejscu jakim jest własny pokój. Ja nawet tam nie wchodzę, wychodząc z założenia, że to zbyt złudne. Przebieram się, przepakowuje plecak i schodzę na dół. Czekam na Maćka. Pojawia się Kazig chwilę później Adam rozmawiamy o trasie o rajdzie, jest radośnie i wesoło. Został nam ostatni etap i 45,5 godziny. Kazig proponuje, aby wzięła jego kilki, bo są lżejsze. W tym miejscu chciałam mu bardzo za nie podziękować jak i Piotrowi Dymusowi, że oddanie ich właścicielowi.

Zastanawiam się czy Maciek nie zasnął u góry, troszkę czasu już minęło. Na szczęście w tej samej chwili schodzi już cały i gotowy. Jest godzina 21:30 wyruszamy. Postanawiamy iść wolniej a dokładniej, aby nie robić wtop nawigacyjnych. Na dobrą sprawę moglibyśmy położyć się na 7 godzin spać i wtedy wyruszyć, ale wiecie dlaczego tego nie zrobiliśmy bo… przygoda, przygoda każdej chwili szkoda! Idziemy asfaltem w koło żywej dusz brak. W koło robi się jakoś straszno. Przypinam się do Maćka. W sumie nie wiem po co to robie i tak idziemy obok siebie, a linka tylko bezsensownie pląta się przy nogach. Na chwilkę stajemy Maciek myśli nad mapą, ja przycinam krótkiego komara pod mostem. Mam tysiące snów, przeplatających się wzajemnie, lecą jak klatki z filmu. Maciek przywraca mnie do rzeczywistości. Minęły całe 2 minuty, proszę ile można zobaczyć przez 120 sekund i jak bardzo może to pomóc. Wstaje wyspana:D Lecz to tylko złudne pozory wchodzimy na górę, ciężko to idzie, mruczę sobie pod nosem co popadnie. Zadanie specjalne zmienia sytuację. Znów jest wszystko ok. Strach gdzieś odszedł, chce mi się biec, truchtamy troszkę. W oddali widzimy inne teamy. Śmieje się sama do siebie. Przypomina mi się kawał, który ostatnio usłyszałam, za zwyczaj ich nie pamiętam, ale ten wyjątkowo zapadł mi w głowie „Idzie chłop na pole a tam w gruncie rzeczy”.

W lesie kręci się spora ilość teamów, nawigacja staje się coraz bardziej skomplikowana. Podbijamy pkt 29 i lecimy na 30. Tu zaczyna się nasz dramat, tniemy jedną górkę, aby dostać się pod tą właściwą. Czeszemy ten cypel i nic nie ma punktu jak by się rozpłynął. Ale przecież musi być. Mężczyźni główkuje nad mapą. kobiety przycinają komara. Niby to tylko kilku minutowy komar, ale budzę się zmarznięta na maksa. Telepie mną na lewo i prawo. Maciej ubiera mi bluzę i wyjmuje… NRC. Pierwszy raz na zawodach używam tej foli. Jest źle nawet bardzo. Zmuszam się, aby pobiegać. Po dokładnej analizie mapy dochodzimy do wniosku, że to nie ten cypel, nasz jest dwa cyple dalej! Jest 7 rano. Biegniemy na właściwy. Maćka kolano daje o sobie znać, za to mi robi się ciepło, zdejmuje nrc i bluzę. Ostre podejście w głowie nie ładne słowa układają się w długi ciąg – po co w sumie kończyć te zawody skoro już się nie ścigamy? Chyba tylko dlatego, że limity takie długie, to tak głupio zejść z uzasadnieniem, bo nam się nie chciało. Szukamy tego punktu już 6 godzin, zaliczając po drodze dwie sąsiednie góry. Teraz jesteśmy już na właściwej, ale punktu nie widać- czeszemy i czeszemy. Tyłek ratuje nam Speleo informując iż punkt znajduje się 250m w dół od miejsca w którym obecnie stoimy. W tym miejscu serdecznie dziękujemy. Punkt podbity humory się poprawiają. Rozmawiamy o nawigacji, że wcale nie jest taka prosta. Sądziłam, że jedyną rzeczą która może skomplikować ściganie może być kondycja, a tymczasem czuje się rewelacyjnie. Sen odszedł, mam wrażenie jak by dopiero co nowy dzień się rozpoczął, ale taki dzień jak co dzień, dlatego też na chwilkę przejmuję nawigację, aby Maciek mógł sobie odsapnąć. Zawsze mnie dziwią Mixy w których kobieta idzie jak osiołek za partnerem, a gdy na mecie pada pytanie: „Którędy jechaliście” robi tylko głupią minę i ze zdziwieniem odpowiada „Ale czemu mnie pytasz to nie moja brożka” To nie w moim stylu. Ja musze wiedzieć (nie mówię, że dokładnie śledzić) jak mniej więcej jadę/biegnę czy co tam innego robię. Na Witasowi Grapę Maciej wyznacza azymut i trafiamy w miarę sprawnie, jest godzina 16:40. No to jeszcze ostatni punkt i meta. A ponad doba do limitu. Jesteśmy szczęśliwi, zbiegamy na dół. Jednak kolano Maćka znów daje o sobie znać, maszerujemy, zaczynają się podejścia. Dziwią mnie te tłumy ludzi które mijamy. Każdy krzak, drzewko zamienia się w człowieka, , torbę transcarpati - w sumie nie wiem dlaczego akurat z transcarpati. Te samochody zaparkowane w strumyczku. Tyle tu tego wszystkiego… bezcenne.

Kończy się picie w Camel, zjadamy ostatnie kalorie jakie mamy w plecakach. Docieramy do asfaltu i strumienia. Napełniam camela, ale nic nie zastąpi głodu. Krótkie spojrzenie na siebie – to co ostatni szybko załatwiamy ostatni, później pizza i piwko. Damy rade jeszcze kilka godzin później coś zjemy. Jak się okazało był to bardzo poważny błąd, wynikający chyba z naszego braku doświadczenia, Idziemy „grubszą przecinką” po czym tniemy przez las. Lądujemy przy chatce/leśniczówce/ jakiejś leśnej budowli. Rozpoczyna się czesanie, długotrwałe mozolne czesanie. Słońce pomału obniża swój horyzont, grając tym samym na naszą nie korzyść. Postanawiamy cofnąć się do ostatniego pewnego miejsca, lecz po drodze spotykamy jakiś team i pojedyńczego zawodnika. Minęły 2 godzin od momentu gdy zaczęliśmy czesać. Dlatego dołanczamy się do nich. Maciek wygląda nieciekawie troszkę niemrawy, martwi mnie to. Team bardzo szybko się oddalił. Słońce już zaszło. W trójkę spędzamy 4 godziny na czesaniu, aktywnym czesaniu i kombinowaniu. Mam już troszkę dość, taka bezradność 6 godzin szukamy! Patrzę na tą mapę no przecież wiem gdzie jestem, gdzie powinien być punkt, a jednak go nie ma. Coś nie tak. Wkroczyliśmy w 58godzinę rajdu. Spałam zaledwie parę minut, Maciek prawie w ogóle. Trzecia noc. O dziwo nie chce mi się spać, ale zastanawiam się kiedy przyjdzie ten moment, bo przecież to trzecia noc na zdrowy rozsądek powinniśmy się przespać chociaż godzinkę. Maciej konsultuje się telefonicznie z Rafałem F. w celu zasięgnięcia informacji jak najprościej trafić na punkt. W tym miejscu chciałabym bardzo podziękować za wskazówki. Międzyczasie dzwoni Jabu z zapytaniem kiedy będę na mecie. Czeszemy i czeszemy. Dzwoni do nas Rafał F. z zapytaniem czy udał się trafić, lecz niestety nie mieliśmy dla niego dobrych informacji. Organizm się odwaniania to już 6 nasza godzina bez jedzenia i picia, ale nie jest źle, bym powiedziała nawet, że jest wyjątkowo dobrze. Po chwili nasz samotny kolega mówi, że idzie coś sprawdzić. Po dłużej chwili słyszymy z oddali: Mam! Znalazłem!. Krótki prośba o nakierowanie. Jednak usłyszeliśmy tylko kilka krzyków i głos zamilkł. (tak wygląda to z naszej strony). Patrzymy na siebie, myślimy to samo, ale żadne z nas nie powie tego głośno. Jest północ. Jesteśmy mega rozczarowani, bo co z tego, że jest siła, jest moc, są chęci jest nadzieja, jak pomimo tego czegoś brakuje. Teraz już nie do końca wiemy gdzie jesteśmy. Maciek milknie nie wygląda najlepiej. Mną zaczyna telepać, tym razem jest mi już naprawdę bardzo, bardzo zimno, nie mogę się ogrzać, truchtanie już nie pomaga. Zastanawiam się czy to właśnie tak wygląda hipotermia, a może ja tylko wyolbrzymiam? Strasznie chce mi się pić. Maciek dzwoni do organizatora poinformować go o zaistaniałej sytuacji tzn. średnio wiemy gdzie jesteśmy, nie mamy jedzenia i picia, pada nam bateria w telefonie, ale mamy nadzieję, że znajdziemy . Chyba nie jest z nami najlepiej, ale wiemy jedno, mamy jeszcze 20 godzin. Jak dziś nie znajdziemy to jutro pomyślimy. W końcu jak się zacznie to trzeba skończyć. Damy rade. Schodzimy do rzeki. Na tym zejściu coś pęka, chodź chyba do dziś nie wiem co. Może nałożyły się dwa kryzysy, a może już psychika miała dość tego punktu. To strasznie dołuje szukasz, szukasz, wtedy nie mają znaczenia łydki, tylko nawigacja. A gdy uświadamiasz sobie, że gdzieś tam parę kilometrów dalej jest meta… Na pewno czegoś zabrakło, a może właśnie doświadczenia. Na drodze spotykamy Czechów z masterów – idą na „nasz punkt” oferują pomoc. Ale my już wracamy, oni jednak nie chcą nam pozwolić zejść. Mówią, że zaprowadzą nas na punkt. W głowie tysiące myśli. Chyba parę godzin wcześniej zbyt mocno zawiedliśmy się pomocy innych. Jak to mówią umiesz liczyć licz na siebie. Nie dociera to do nas my idziemy w przeciwnym kierunku. Zastanawaimy się chwilkę. Na dobrą sprawę możemy wrócić do bazy przespać się 12 godzin zjeść, a rano wyjść na spacer, podbić punkt i wrócić. Ale „coś” nie do końca pracuje. Przyjeżdża Jabu podwozi nas 2km na metę, gdzie wita nas Justyna F. jej widok niesamowicie mnie podbudowuje. Ktoś kto rozumie o czym mówimy. Dopiero tutaj po 10-minutach dociera do mnie, że Czesi chcieli nas tam zaprowadzić, na 32 – ten tak długo szukany przez nas.. Przez chwile zastanawiam się, a może by tam wrócić, przecież ten punkt na pewno tam stoi, co z tego, że poza klasyfikacją, to jest 10km to tak jak by wyjść na trening. Ale tym razem pozostawiam swoje myśli tylko dla siebie. Udajemy się do biura, gdzie jeszcze długo rozmawiamy i jemy.Robi się 4 rano. Kładę się na 2 godzin spać po czym rano pakuje się w samochód i jedziemy do Gdańska. Teraz mogę już tylko powiedzieć: "na 32 pkt mni e nie było i nie będzie"

Reasumując całość. Nie ma co czarować, bo rozczarowanie na pewno jest. Ale były to wspaniałe 62 godziny. Już dawno tak nie wyśmiałam i wybawiłam się na zawodach. Może to dzięki temu, że od pewnego momentu miejsca przestały mieć dla nas znaczenie. No i z takim dżentelmenem to czysta przyjemność. Z całą pewnością zyskaliśmy nowe to doświadczenie. Gdybyśmy spędzili na trasie 40 godzin sytuacja byłaby zupełnie inna. Dzięki tym 62-óm godzinom przekonałam się troszkę do tras master, które dotychczas omijałam szerokim łukiem, a teraz wychodzę z założenia, że im dłuższy rajd tym lepsza przygoda. A szampana jeszcze nie jednego wypiję :D

Już nie stanowi dla mnie abstrakcji, jak można napierać przez 3 doby!


Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony organizatora

Ale nadal stanowi dla mnie abstrakcję co odpowiem na pytanie sąsiada: "To Pani 3 noce nie spała?"


Dzięki Maciej za start oraz firmie Fjord Nansen, Jack Wolfskin oraz sieci sklepów Horyzont za umożliwienie startu.


Zobacz oficjalną stronę imprezy >
Karolina „Chicken” Kurajk
e-Horyzont.pl Team
"ANTYGRAWITACJA 2008" w Poznaniu (fotorelacja z zawodów)
Zawody wspinaczkowe ANTYGRAWITACJA Poznań 29 III 2008

Największe zawody wspinaczkowe w Poznaniu od kilkunastu lat!

W sobotę 29. marca na ściance wspinaczkowej AZS Poznań przy ul. Pułaskiego zmierzyła się niespotykana dotąd w Poznaniu liczba 89 zawodników, którzy przyjechali m.in. z takich miast jak Gdańsk, Szczecin, Bydgoszcz, Gorzów Wielkopolski, Zielona Góra, Łódź, Wrocław, Kraków, Strzegom, Kalisz. Nie zabrakło również zawodników z Poznania.
To już piąta ANTYGrawitacja, która w 2004 roku zainicjowana została przez Klub Wspinaczkowy „ON-SIGHT” >. W tym roku zawody oprócz ON-SIGHT’u organizowali również Klub Sportów Górskich ESCENDO > oraz ZHP Chorągiew Wielkopolska >.
Wśród wszystkich zawodników prowadzona była klasyfikacja OPEN. Dodatkowo prowadzona była klasyfikacja wśród harcerzy. Zawody były rozgrywane bez strefy. Zawodnicy startowali w grupach po 25 osób. W eliminacjach każda grupa miała 1 godzinę czasu na zmierzenie się z 7 boulderami, a grupa finałowa miała 2 godziny. W eliminacjach zawodnicy mieli do pokonania 7 boulderów, z łatwą i trudną wersją. Tym samym nawet początkujący wspinacze byli w stanie dojść do topa.
Do finałów przeszło 10 osób z każdej z kategorii – seniorzy, kobiety, juniorzy, między którymi doszło do ostatecznej rozgrywki.

A oto wyniki zawodów:

Klasyfikacja OPEN, Kategoria SENIORZY
1 Ariel Marciniak Zielona Góra
2 Łukasz Sawylów GAWRA
3 Patryk Reiter KSG Escendo

Klasyfikacja OPEN, Kategoria KOBIETY
1 Joanna Zakrzewska KW Zakopane , KS Korona
2 Kasia Karbowniczek KOX Team Zerwa
3 Jola Kańczukowska AZS UG

Klasyfikacja OPEN, Kategoria JUNIORZY
1 Michał Wrzesiński KSG Direta
2 Krystian Macieja
3 Jakub Ciemnicki ŁKW

Klasyfikacja HARCERSKA, Kategoria SENIORZY1 Adam Kulas DKW Strzegom 2 Tomasz Stefanowicz 35 PDH
3 Krzysztof Popiel KW ON-SIGHT

Klasyfikacja HARCERSKA, Kategoria KOBIETY 1 Jola Kańczugowska AZS UG
2 Marta Kurek KW ON-SIGHT

Klasyfikacja HARCERSKA, Kategoria JUNIORZY1 Jakub Ciemnicki ŁKW
2 Kamil Puschmann OKAP
3 Kacper Cieślawski KSG Escendo

Chcielibyśmy również podziękować naszym: - sponsorom: Sklepom Turystycznym HORYZONT i Fjord Nansen za ufundowanie nagród dla najlepszych oraz Barowi MammaMia za pyszne spaghetti - partnerom: Urzędowi Miasta Poznania i Powiatowi Poznańskiemu za wsparcie finansowe imprezy oraz Centrum Rozwoju Kultury Fizycznej AKWEN w Czerwonaku za wsparcie sprzętowe - patronom medialnym: portalowi Wspinanie.pl , portalowi Redpoint.pl , portalowi Tutej.pl za pomoc w promocji imprezy i wszystkim ludziom, dzięki którym ANTYGrawitacja 2008 była największą ze wszystkich dotychczasowych edycji.

Pełne wyniki i galeria zdjęć dostępna na stronie zawodów > 

Artykuł: Krzysztof Łakomiec
Autorka zdjęć: Urszula Ziober


Fjord Nansen i sklepy HORYZONT były sponsorem zawodów.

Chcielibyśmy również podziękować naszym: - sponsorom: Sklepom Turystycznym HORYZONT i Fjord Nansen za ufundowanie nagród dla najlepszych oraz Barowi MammaMia za pyszne spaghetti - partnerom: Urzędowi Miasta Poznania i Powiatowi Poznańskiemu za wsparcie finansowe imprezy oraz Centrum Rozwoju Kultury Fizycznej AKWEN w Czerwonaku za wsparcie sprzętowe - patronom medialnym: portalowi Wspinanie.pl , portalowi Redpoint.pl , portalowi Tutej.pl za pomoc w promocji imprezy i wszystkim ludziom, dzięki którym ANTYGrawitacja 2008 była największą ze wszystkich dotychczasowych edycji.

Pełne wyniki i galeria zdjęć dostępna na stronie zawodów > 

Artykuł: Krzysztof Łakomiec
Autorka zdjęć: Urszula Ziober


Fjord Nansen i sklepy HORYZONT były sponsorem zawodów.

Mini BERGSON WINTER CHALLENGE 2008 (by Chicken)
e-Horyzont.pl Team – IV miejsce (00:07:54)

„Chicken na etapie rowerowym” - fot. Klara Żerdzicka
B jak Bergson – słowo w środowisku AR kojarzące się najczęściej z mroźnym przełomem lutego/marca, wyczerpaniem, śniegiem –mówiąc zwięźle i na temat - z prestiżową imprezą Bergson Winter Challenge .

Od jakiegoś czasu  organizowany jest również Mini Bergson Winter Challenge. I właśnie tam wystartował  Team e-Horyzont.pl w składzie: Lider i Chicken.

Nigdy nie miałam do czynienia z zimowym ściganiem – moje doświadczenie z tą porą roku zaczyna się na Darżlubie (przyp. NMnO ), a kończy na 26 godzinnym napieraniu na lodowcu. Ale czas najwyższy zwiększyć doświadczenie. Po krótkich problemach z partnerem w końcu zapada decyzja – jadę z Liderem na trasę Mini Mix. Jak wszem i wobec wiadomo połowa sukcesu to dojazd na rajd. W naszym przypadku jest to 12 godzin w samochodzie.

W Piwnicznej meldujemy się wieczorem. Odbieramy numery, klucz do pokoju, zwalamy graty i wyruszamy na poszukiwanie spaghetti. Trafiamy na pierogi – trudno, nie ma co marudzić, trzeba się cieszyć tym co jest. Po szybkiej kolacji kompletujemy przepaki, składamy rowery i dogrywamy szczegóły. Punkt 22:30 rozpoczyna się odprawa. Paweł F. (kierownik zawodów)  prosi, aby przez pierwsze 150 m po starcie sprowadzić rowery z górki, a nie zjeżdżać, informuje także, iż przepaki będą ważone (10 kg/os). Żartujemy z Kasią P. – troszkę przypomina nam to odprawę na samolot. W sumie niektórzy mogliby  zbić na tym dobry interes ogłoszeniem typu: „Sprzedam 2 kg miejsca w swoim przepaku. Cena minimalna: …”.
Rano budzik dzwoni nieubłaganie za oknem szaro- buro i ponuro, ktoś krząta się po parkingu, czas najwyższy wstać. Lider zdaje przepaki, na szczęście żadna redukcja nie była potrzebna. Jedziemy na start.

I poszli!
Zgodnie z zaleceniem nikt nie zjeżdża, przez co zrobił się mały korek lecz my w nim nie stoimy. Analizujemy mapę i jako jeden z ostatnich teamów opuszczamy start. Ale ostatni będą pierwszymi!
Do pierwszego punktu decydujemy się jechać asfaltem. Na początku szlak jest bardzo beztroski, później przerodził się w prawdziwe lodowisko,  przez co podczas podjazdu pod górkę każde najdelikatniejsze naciśnięcie hamulca bądź skręt powoduje poślizg. Całą swoją uwagę skupiam na asfalcie, jednak to nie wystarczy - co z tego że ja kontroluję sytuację, skoro zaraz ktoś przede mną może wywinąć orła. Po chwili widzę  zjeżdżającą z górki Magdę Ł., której tylnie koło odmawia posłuszeństwa - na szczęście jej hamowanie i mój unik nie dopuściły do czołówki. Inni nie mieli tyle szczęścia do klocków hamulcowych  zza pleców dobiegają mnie głosy: "O ja #%^&$, co za %@#^&* lód!".
Po drodze Lidera dobiega Andrzej Ch., który akurat wybrał się na krótki bieg. Dotrzymuje mu tempa, a mi tłumaczy którędy jechać.

Punkt podbity. Zjeżdżamy. Tym razem już z pełnym szacunkiem i respektem do lodu. Staram się ustąpić miejsca podjeżdżającym. Jednak co tu zrobić, gdy rower nabiera prędkości, a hamulec to najgorsze zło? Z prędkością wjeżdżam w zaspę śnieżną i delikatnie, z pełną gracją… leżę.
Cofamy się do Piwnicznej, już dawno tak bardzo nie cieszyłam się na widok najzwyklejszego w  świecie asfaltu. Wyprzedzamy kilka teamów i wpadamy na pkt. 2, następnie śmigamy na pkt 3. Liderowi blokuje się łańcuch. Chwila grozy, lecz po dwóch minutach wszystko kończy się pozytywnie.  Śmigam serpentynkami do góry, mijam Klarę Ż. pstrykającą zdjęcia i znów zaczyna się lód. Lider nie ma z nim praktycznie żadnych problemów w przeciwieństwie do mnie - zastanawiającej się co przyniesie następny kilometr.

Wpadamy na przepak. Jestem troszkę zdziwiona, że tak szybko, przecież rajd dopiero się zaczął. Zamieniam spd’y na salomony i już biegniemy.
Z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować wszystkim Solo i MM Max za przetarcie szlaku (jak się późnie okazało, wcale tak dużo ich przed nami nie było). Pod górkę maszerujemy, z górki i po  płaskim biegniemy. Odcinek do schroniska siedzą nam na ogonie 2 team’y w tym jeden mix. Trzeba się śpieszyć.  Ten odcinek troszkę się  dłuży, wszędzie biało  i tylko biegniemy, biegniemy. Na końcu zyskujemy przewagę i uciekamy rywalom. Lider podbija punkt ja w międzyczasie piję „sok z gumi-jagód” i napieramy dalej. Doganiamy Bikeborder, jednak tym razem puszczamy ich przodem - znakomicie przecierają szlak.  Gdy tylko zbiegliśmy na asfalt trzeba było włączyć dopalacz i nabrać przewagi – udało się!  Decydujemy się na czerwony szlak na Pustą Wielką. Mamy do pokonania 500 m  wysokości. Wciągam Twix’a. Podejście daje w kość – a dokładnie w kręgosłup, mam pełną świadomość, że gdzieś za nami czai się BikeBorder. Kończy mi się napój w camelu, jednak nie ma to większego znaczenia. Wyżej już być nie możemy – tu jest 6 stopni mniej niż na dole – robi się zimno.

Zbiegamy na przepak  - śmigamy szybko – trzeba rozgrzać się.  To był bardzo przyjemny kawałek cały czas z górki, niby odśnieżone, choć mi oczywiście udało się wpaść w jedyną chyba zaspę śnieżną jaka stała nam na drodze ;-)
W momencie naszego przybycia na przepak jesteśmy na 4. pozycji - trochę mnie to dziwi byłam pewna, że na 3. Widzimy opuszczające punkt Katowice MTB Team. Ta sytuacja zbytnio mnie nie cieszy, ale szkoda czasu na myślenie. Jeszcze jest szansa. W trzy migi wskakuje w spd’y odśnieżam bike i już jesteśmy na serpentynkach.

W pełni świadoma z wiarą, że wiem co to poślizg zjeżdżam w dół. Co jakiś czas, gdy rower nabiera zbyt dużej prędkości decyduję się na hamowanie w zaspie śnieżnej. Ale byłoby to zbyt piękne i nudne, gdybym tak jak Lider nie spotkała się z asfaltem ani razu.
Gwałtownie zmienia się nawierzchnia, widać fragmenty błota na zmianę z lodem.  Odetchnęłam z ulgą, z nadzieją (naiwną, jak się później okazało), że to już koniec. Jednak moja radość nie trwała długo, 30-metrowy odcinek lodu wystarczył, aby wywinąć orła po którym przez 10 sekund zastanawiałam się, czy mam wszystkie zęby. Ostatnie 200 m do asfaltu postanawiam nie ryzykować i zbiegam z rowerem.

Podbijamy ostatni punkt i śmigamy na metę. Gonimy MTB Katowice. Lider jako „wyjadacz szosowy” nadaje tempo. Palce u rąk w przemoczonych rękawiczkach i troszkę odwodniony organizm dają o sobie znać. Nie schodzimy poniżej 30 km/h,  trzeba cisnąć, chodź szanse na pudło chyba już przepadły. 

Meta. Lądujemy na 4. pozycji ze stratą 6 minut do 3. miejsca.  Ech… cóż począć. To już koniec? Jakoś tak krótko się wydaje.  Równie szybko jak weszłam do hotelu, wychodzę z niego, palce pieką nieubłaganie.
Co tu dużo mówić… byli lepsi - respekt. Priorytetowe znaczenie na trasie miała technika jazdy na lodzie – na zjazdach można było dużo nadrobić - moc;  dopiero na kolejnym miejscu nawigacja – bardzo.
Troszkę żal tych 6 minut, ale na Gringo do pierwszego miejsca zabrakło 22 sekund, więc te 6 minut to jak wieczność ;)

Wnioski:
Choć Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryję: „ściganie w górach zimą, a latem to dwie całkiem różne rzeczy”. Ale zabawa była rewelacyjna i to najważniejsze.


„Przepak” - fot. Klara Żerdzicka

Po dokładnej analizie wyników zauważyliśmy, że były momenty, gdy byliśmy na 2. i 3. pozycji.  Na pocieszenie doszliśmy również  do wniosku, że mimo wszystko 11. miejsce na 40 teamów  całej trasy Mini to nie taki zły wynik jak na pierwszy zimowy start. Odgryziemy się za rok!
Swoją drogą ciekawe, ile osób nie zaliczyło ani jednej gleby na rowerze bądź podczas biegu?!
Dzięki Lider za aktywny wypoczynek, Pawłowi za kolejną rewelacyjną imprezę. Wszystkim poobijanym polecam LIOTON 1000 ;).


Zobacz oficjalną stronę imprezy >
Karolina „Chicken” Kurajk
e-Horyzont.pl Team
Rok Wędrującego Życia 2007/08 (Stanisława Brzoski wyprawa dookoła świata)
Dla C. G. Junga idea ruchu po okręgu, idea krążenia, związana z wyobrażeniem mandali to zakreślenie świętego kręgu. Moje poruszanie sie wokół kuli ziemskiej będzie miało charakter nomadyzmu, ciągłego przemieszczania się. Nie będę pozostawał w jednym miejscu dłużej niż kilka dni. Z doświadczenia poprzednich wypraw wiem, że poruszanie się po obcym kulturowo i cywilizacyjnie obszarze wymaga ciągłej uważności, bycia tu-i-teraz we dnie i w nocy. To wyzwanie dla ciała i ducha... więcej>>>

Sławomir Brzoska, ur. 1967 r. w Katowicach.

Wykładowca w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu.

Artysta – podróżnik, zrealizował wiele wypraw do Azji i Afryki.

W latach 2007-2008 zrealizował roczny projekt p.t. "Rok Wędrującego Życia" (początek w lipcu 2007 r.), podczas którego objechał samotnie kulę ziemską, odwiedzając 33 kraje na 5 kontynentach, przemierzając ponad 100 000 kilometrów. Wyprawa ta w dużej mierze miała charakter improwizowany a jej trasa zmieniała się w zależności od zastanych na miejscu sytuacji.

Więcej o projekcie - na stronie Autora >>>

Relacja z wyprawy - na blogu Autora >>> 

Fjord Nansen i sklepy HORYZONT były partnerami projektu

Majówka 2007 z Międzyzdrojów na Hel rowerem! (relacja Tomka Kozaka z Olsztyna)

27.04.2007, piątek (wieczór)
Nasza podróż (konkretnie Łukasza) zaczęła się w Warszawie. Jak się okazało, Łukasz nie został wpuszczony do pociągu z powodu posiadania roweru (mimo że miał bilet na rower:). Musiał nieco zmienić plan podróży, ale spotkaliśmy się jeszcze w Szczecinie i razem już dotarliśmy do Międzyzdrojów. My (ja, Ewcia i Marcin) wyruszyliśmy z Gdańska i nie mieliśmy takich przygód jak Łukasz. Podróż szybko nam zleciała i szybko znaleźliśmy się w miejscu rozpoczęcia naszej przygody.

28.04.2007, sobota (rano)
Chwilę pojeździliśmy po Międzyzdrojach aż wreszcie trafiliśmy na zielony szlak rowerowy R10 (jak się potem okazało dobrze znany w internecie, głównie stronka www.ecf.com). Pod bramą wjazdową do Wolińskiego Parku Narodowego zjedliśmy śniadanko i w drogę! Wybór trasy był bardzo trafny, przyroda i napotykane krajobrazy były piękne. Poza tym, czas naszej wyprawy przypadł akurat na wystrzał wiosny, intensywna zieleń otaczała nas zewsząd i zachwycała swoją świeżą zielenią. Po opuszczeniu pięknych terenów Parku, kierowaliśmy na Dziwnów (szlak czerwony). Na wysokości Międzywodzia, podczas jazdy dość gęstym lasem, natrafiliśmy na małą przeszkodę – dzika. W zasadzie nie był taki mały i miał dwa młode, więc spokojnie się oddaliliśmy z jego terenu i małym kółkiem trafiliśmy na wyznaczony szlak. Na moście w Dziwnowie Marcinowi spadł łańcuch, niestety zablokował koło i skończyło się na wywrotce oraz niegroźnym przytarciu widelca. Na szczęście nic poważnego się nie stało i mogliśmy kontynuować jazdę. Potem trasy nie były już tak malownicze, ale na pewno nie nudziły. Natomiast grząski piasek okazał się bardzo niewygodny dla obciążonych sakwami rowerów i spowalniał nasz przejazd. Tego dnia zrywał się coraz silniejszy wiatr, zapowiadało się na załamanie pogody dlatego też w Niechorzy postanowiliśmy poszukać kwatery. Myślę, że jak na pierwszy dzień jazdy pokonaliśmy znaczną odległość, ale bez przemęczania organizmów. Było to ok. 64km

29.04.2007, niedziela
Plan zakładał, że wyjedziemy z Niechorza o godzinie 9 jednak troszkę się przedłużyło i gotowi do drogi byliśmy pół godziny później. Na szczęście chmury, które zebrały się poprzedniego dnia przegrały walkę z silnym wiatrem i niebo stawało się coraz czystsze. Jechało się trudno, niemal cały czas wiało nam prosto w twarz. Pedałowaliśmy zacięcie a mimo to rowery nie chciały za bardzo jechać. Trochę nas to męczyło i podczas jazdy przez teren starego lotniska, zrobiliśmy się głodni i wyczerpani, dobry czas na jogurt i czekoladę. Jak tylko opuściliśmy lotnisko, znalazło się piękne miejsce na ognisko, to był nasz dłuższy postój na obiad i odpoczynek. Zebraliśmy siły i ruszyliśmy w kierunku Mielna. Po drodze zatrzymaliśmy się w Gąskach i spytaliśmy księdza o nocleg. Po pewnym wywiadzie zgodził się nas przyjąć, mało tego, zapewnił nam kolację! Tego dnia przejechaliśmy 76km, nastał czas na sen.

30.04.2007, poniedziałek
Korzystając z okazji, że w Gąskach jest wysoka latarnia morska, zwiedziliśmy ją, czyli weszliśmy na jej szczyt, zrobiliśmy pamiątkowe fotki i podziwialiśmy widoki. Tego dnia trasa przebiegała pomiędzy Bałtykiem a nadmorskimi jeziorami. Wciąż jechało się ciężko, wiatr ciągle wiał nam w twarze wysuszając cerę. Wieczorem znowu promieniowaliśmy. Aby uzupełnić zapasy energii, zrobiliśmy sobie ognisko w lesie i nieco odpoczęliśmy. Na nocleg zajechaliśmy do Jarosławca, trafiła nam się przyczepa campingowa za 15zł/os. Jak się później okazało, było strasznie zimno, zapewne blisko 0 stopni Celsjusza. Przed snem zdążyliśmy jeszcze na zachód słońca i szybkie piwko na plaży. Tego dnia zrobiliśmy 75km.

01.05.2007 wtorek
Był dobry dzień! Na początku niezbyt ciepły, ale co najważniejsze – bezwietrzny. Sporo jechaliśmy szosami i dzięki temu mieliśmy niezłą średnią prędkość. W Ustce zatrzymaliśmy się na pyszny obiad i to właśnie tam, pogoda uśmiechnęła się do nas jeszcze bardziej, wyszło słońce i wiatr ucichł całkowicie. Jadąc na wschód od Ustki, natrafiliśmy na najpiękniejsze widoki całej podróży. Trasy były malownicze, ale też wymagające i czasem trzeba było bardzo uważać żeby nie spaść z klifu. Rowery często trzeba było prowadzić bo piasek był zbyt grząski a podjazdy za strome. Niestety mi i Łukaszowi wysiadły kolana dlatego ostatnie 15km trasy tego dnia było dla mnie utrapieniem. Dojechaliśmy do Rowów i tam postanowiliśmy przenocować. Wcześniej jednak odbyła się mała impreza na plaży, trochę pośpiewaliśmy i było bardzo przyjemnie. Przejechaliśmy 60km.

02.05 środa
Kolano niemal przestało mnie boleć, u Łukasza nieco gorzej, ale dzielnie dawał radę. Wjechaliśmy do pięknego Słowińskiego Parku Narodowego i znowu zacząłem żałować, że nie wziąłem lustrzanki. Następnym razem nie będę się wahał. Potem nastały nieco cięższe ścieżki, około 20km przez tereny bagienne czyli mnóstwo przeszkadzających owadów. Trasa była podmokła i ciężko było utrzymać odpowiednie tempo. Przed przeprawą przez bagna mieliśmy dodatkowego członka ekipy. Pewien piesek postanowił z nami biec. Przebiegł ok. 15km po czym znalazł kumpli i pozostał już z nimi. Tego dnia dojechaliśmy do Lubiatowa.

03.05 czwartek
Wyruszyliśmy najwcześniej w historii całej wyprawy, o 9:28. cel był jasny, dojechać do Helu na czas, tak żeby zdążyć na tramwaj wodny. Wiedzieliśmy, że jeden odpływa ok. 17, kolejny o 20:20. tempo mieliśmy niezłe, oczywiście poza grząskimi piaskami i odcinkiem przejazdu plażą (nie było to konieczne, ale chcieliśmy się sprawdzić w takich warunkach). Tego dnia nie było nawet czasu na obiad, jechaliśmy tak aby zdążyć na 17. ostatnie 30km mój rower przejechał w bólach porównywalnych do tych z mojego kolana. Jak się potem okazało, suport był do wymiany a przerzutki już nie do wyregulowania. Szczęśliwie dojechałem do Helu. Okazało się, że biletów na 17 już dawno nie było. Zatem nie było wyboru, musieliśmy wrócić później. Zostało nam sporo czasu, więc zjedliśmy pyszny obiad i nieco pospacerowaliśmy. Na promie zasnąłem ze zmęczenia. Było zimno a z Gdańska trzeba jeszcze było dojechać do Wrzeszcza. Zostawiliśmy mój rower u Ewy i tak dobiegł kres naszej wyprawy. Było pięknie i mimo wiatru oraz niezbyt wysokiej temperatury czy przemęczonych stawów uważamy, że było warto i szczerze polecamy taki wyjazd!

W razie pytań dot. wyjazdu, przygotowań itp. możecie do nas mailować na adres: tommy_pg@wp.pl. Mamy też kilka wizytówek z naszych noclegów, które możemy wam sfotografować i wysłać. Miłych wakacji!

Ewcia & Tomasz, Łukasz, Marcin

„Jaki przodem” Tibet Expedition 2006 (by Chicken)

„Jaki przodem”
Tibet Expedition 2006

Każdy kto choć raz był w Chinach, Indiach lub Tybecie, powinien doskonale zdawać sobie sprawę kim jest Jak. To masywne zwierzę, którego waga dochodzi nawet do pół tony  o zaokrąglonych rogach oraz długiej sierści od ciemnobrązowej do czarnej często sięgającej ziemi. Jaki bardzo dobrze znoszą niedostatek tlenu i niskie temperatury. Żyją samotnie bądź w stadach na wysokości około 6 000 m n.p.m. Każdy alpinista, turysta górski kojarzy Jaka jako coś włochatego, niezwykle wytrzymałego noszącego dwa symetryczne ładunki. Również każdy alpinista zdaję sobie sprawę, iż jest to zwierze, a jego potężne rogi mogą stanowić niebezpieczną broń. Dlatego też maszerując wąskimi ścieżkami Dachu Świata, czułam pewien dyskomfort psychiczny, przed czymś co nie do końca poznane – w końcu to dzikie zwierze, a dzwoniący u jego szyi dzwoneczek zapala w ludzkim umyśle „lampkę bezpieczeństwa”. W obawie przed stratowaniem, bądź atakiem w wykonaniu Jaka, będąc w Tybecie wysnułam bardzo subtelny wniosek: „Jaki przodem” proszę.

Karolina Kurajk - Tybet, Darchen'06

19/08/2006
Dojeżdżamy do Ali, jakże wyczekiwanego przez nas. Po problemach z aklimatyzacją nareszcie mogę powiedzieć, że czuję się w porządku. Jak by na to nie patrzeć w ciągu ostatnich 30 godzin nasz autobus zdążył wyjechać z Yechang położonego na około 1600m n.p.m. wjechać na przełęcz na 5600m n.p.m. i zjechać do Ali na 4700m n.p.m. Tak mogę powiedzieć to bardzo głośno „jest dobrze”. Jednak uśmiechy dość szybko schodzą nam z twarzy, gdy widzimy nasze plecaki, a właściwie to co z nich pozostało. Mój plecak jest podarty i poprzecierany, a na dodatek cały brudny! Ale chwila przecież jesteśmy w Tybecie!

Tak jak poradziła nam Sergy moja znajoma z Izraela bierzemy taksówkę (kosztuje nas aż 2 zł ) i jedziemy pod samą siedzibę KGB. W pełni zdaję sobie sprawę, że jest sobota, ale nie tracę wiary i mam nadzieję, że mimo, iż jest to dzień wolny od pracy coś uda się wymyśleć. Zostawiam plecak Piotrowi biorę notatnik i wchodzę do małego budyneczku, jest dobrze są angielskie napisy, aby tego było mało wita mnie młoda dziewczyna. Nazywa się Sangma i… mówi po angielsku. Strasznie ucieszyła się na mój widok. Okazało się, że bardzo ceni sobie naukę angielskiego jednak ma tutaj bardzo słaby dostęp do jakichkolwiek materiałów,  główne ćwiczenia to rozmowy z turystami. Opowiadam bardzo dokładnie, jaka zgoda jest nam potrzebna. Sangma prosi, abym usiadła, a ona podzwoni i zorientuje się co da się zrobić. I po chwili utwierdzam się w przekonaniu, że głupi ma zawsze szczęście. Za 30min specjalnie dla nas przyjedzie tutaj lider i wystawi nam Tibet Permit – czy to nie cudowne. Niemość, że jest sobota to jeszcze 9 rano.  Tak oto nie możliwe stało się możliwe, trzymam w dłoni dokument który upoważnia mnie do miesięcznych wojażach po Tybecie. I pomyśleć, że to właśnie ten skrawek papieru sprawia, iż alpiniści bardzo często na ostatnio chwilę muszą zmienić soje plany i wrócić np. w Tien-Szan.

Ostatnie zakupy chiński makaron, chińska pasta do zębów, chińska pepsi. Zakupy na migi są dość ciekawym przeżyciem, a targowanie jeszcze wspanialszą zabawą, lecz tylko i wyłącznie w momencie, gdy człowiek ma na to czas, a my czasu nie mamy. Przed wyjściem z KGB poprosiłam Sangme, aby napisała mi na kartce po chińsku: „Poszukuje autobusu do Darchen. Kiedy odjeżdża najbliższy i ile kosztuje bilet”. Ułatwia to sprawę po raz kolejny bierzemy taryfę, pokazujemy taksówkarzowi zdjęcie na aparacie cyfrowym dworca na który chcemy dojechać, kiwa głową na znak, że zrozumiał. Zaczynam chodzić od autobusu do autobusu i wymachiwać kartką. Nic nie rozumiem, kto codo mnie mówi. Ale dobre anioły nadal czuwają nad nami: „Hallo Can I help you” – dochodzi z za pleców. Tybetańczyk CongPeng wraz z kolegą oferują mi pomoc. Na co dzień studiują niedaleko Lhasy, ale obecnie wrócili na wakacje do domu i mają trochę czasu. Tłumacz jest koleją osobą która ułatwia wiele spraw i pozwala zaoszczędzić czasu. Już po chwili jest wiadomo, że najbliższy autobus odjeżdża jutro o 10:00. Cong Peng pomaga nam zorganizować tani nocleg i proponuje swoją pomoc jutro rano. Chwilkę jeszcze rozmawiamy, nie jest to tak prosta rozmowa jak z Sangmą, chiński akcent przeszkadza, ale przynajmniej drogą pisemną możemy się bez problemu porozumieć.

20/08/2006
Podróżujemy przeróżnymi środkami transportu, jednak nigdy nie wiemy czy jedziemy w dobrą stronę. My nie znamy chińskiego, a Tybetańczycy angielskiego. Jednak za każdym razem udaje nam się dogadać na migi. Opuszczamy nasz hotelik i po krótkiej chwili zastanowienia wsiadamy do naszego autobusu. W autobusie leci bardzo głośno muzyka nazwijmy ją chińskie techno. Nieco mnie denerwuje ponieważ nie najlepiej spałam w nocy i jestem niewyspana. Piotr wyskakuje jeszcze na chwilę kupić kilka chińskich długopisów, które jakościowe mimo, że chińskie są bardzo dobre. Międzyczasie jeden z Tybetańczyków siedzących już w autobusie częstuje mnie bułką. Tak po prostu bez interesownie, próbuje nawiązać rozmowę jednak bariera językowa wygrywa. Uśmiechamy się wzajemnie do siebie i jemy.  Tym razem plecaki możemy trzymać w środku tj. nie w bagażniku. Nasza radość jest ogromna, ponieważ nie pobrudzą się (o ile mogą być jeszcze bardziej pobrudzone) i nie zostaną ponownie podarte. To nasz ostatni odcinek drogi , nie podłodze, chińskim autobusem. Od jutra rana zaczynamy trekking wokół świętej góry Mt.Kailash. Po raz kolejny marzenia stają się realiami. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że dobre anioły czuwają nad nami i pomagają, dodają szczęścia i pogody ducha.  Pytana przez przyjaciół, rodzinę, gdzie teraz wyruszę, nie dokońca wiedziałam co odpowiedzieć. Zależało mi, by zobaczyć tybet w pełnej jego okazałości , ale każdy tłumaczył mi, że to bardzo trudne. Trzeba wykupić wycieczkę, dawać łapówki itp. Nie dokońca dawałam wiary, że może nam się udać. Pamiętam jednak bardzo dobrze słowa Radka i Kuby przed wyjazdem: „Chicken ja tam w ciebie wierze”, „Ty na pewno tam pojedziesz”,  „Jak tobie się nie uda to już chyba nikomu”. Dobrze jest mieć takich przyjaciół, którzy w Ciebie wierzą. Bo przyjaciele są jak anioły, które podtrzymują nas na swoich skrzydłach kiedy opadamy w dół. Dzięki Kubuś, dzięki Radek. A ja wyruszam w swoją drogę ku spełnieniu marzeń, tam gdzie prowadzi mnie los. Śp. Falko Dąsal powiadał : „Alpinizm to pasja, a pasja to część życia i jeżeli człowiek ma pasję to jest szczęśliwy, bo jego życie ma twórczy sens”. Podróżowanie to również pasja to ono sprawia, że moje życie jest twórcze i radosne. Życie jest zbyt proste, aby po prostu żyć, dlatego należy je sobie utrudniać, chodzić na około, ale na początek trzeba uwierzyć w siebie.

Z moich przemyśleń wytrącił mnie typowy Tybetańczyk, który usiadł obok mnie. Kapelusik, ciemna cera, szeroki nos, pet w gębie, trzy swetry na sobie, czarne spodnie i chińskie siateczki. To jest to co Kurczaki lubią najbardziej cały autokar w dymie papierosowym. Wszyscy patrzą na nas jak na siódmy cud świata. Na szczęście jest tu kilku turystów z Japonii którzy chyba wiedzą co ja czuje. Siedząca obok Tybetanka (Piotr Twierdzi, że to Tybetańczyk) nie może się nadziwić jak szybko notuje coś w zeszycie i to nie po chińsku.

Dzisiaj doszłam do wniosku, że takie wyjazdy uodparniają człowieka na zapachy. Większość Kirgizów i Tybetańczyków ujmując to delikatnie pachnie inaczej i o wiele bardziej intensywniej. Mówiąc prosto z mostu cały autobus śmierdzi nieubłaganie, aż się zbiera na wymioty.

Teraz otaczają nas Tybetańczycy – tacy prawdziwi naturalni – pokazujemy im kartki z wizerunkiem gdańska. Nie dowierzają, że takie budynki istnieją, gdzieś na świecie i że w blokach się mieszka. Mamy już godzinę opóźnienia, ale to już norma dla nas.  Pociąg z Moskwy do Biszkeku spóźnił się jedynie 6 godzin. Tutaj nic nie jeździ punktualnie i to chyba urok Azji. Najlepiej operować zwrotami rano, południe, wieczór, a autobus i tak odjedzie jak już wszystko załatwi. Kierowca zbiera pieniądze dziwo od nas nie bierze – nie chce, cieszy mnie to i martwi równocześnie. Jedziemy i to chyba najważniejsze, zajeżdżamy na stację benzynową i kierowca przypomina sobie o nas. Próbujemy zapłacić tak jak wszyscy czyli 200 Y, jednak nasze targowanie idzie na marne, mówi, że jesteśmy obcokrajowcami i należy się 300Y inaczej nie pojedziemy.

Droga mija szybko i wesoło, wszyscy próbują z nami konwersować, chcą dotknąć nas, podziwiają czekany i plecaki. Autobus zatrzymuje się przy małym zabudowaniu to przerwa na jedzenie. Od razu dobiega mnie myśl: Przecież ja nie potrafię jeść pałeczkami!. Piotr  daje mi szybkie lekcje na Tictakach wygląda to dość zabawnie, ale kończy się pozytywnie. Dostajemy olbrzymi talerz jajecznicy z pomidorami i ryż. Porcja jest olbrzymia nie jesteśmy w stanie zjeść wszystkiego. Po krótkiej przerwie ruszamy w dalszą drogę. Chińska muzyka  w autobusie pomału mnie denerwuje, każdy utwór brzmi tak samo no i te wysokie dźwięki. Oczywiście jestem pełna podziwu dla kultury chińsko-tybetańskiej, no ale…

Nagle w oknie ukazuje się jakiś pręt, robi się coraz większy, okazało się, że z dachu autobusu zsuwa się bagaż. To też norma. Kilku Tybetańczyków wyskakuje z pojazdu i poprawia zgubę.
Nie minęło kilka minut a tu kolejna przygoda, jedno koło w autobusie nie działa poprawnie. Zatrzymujemy się, a to kamień wielkości głowy wplątał się między koła, ale Tybetańczycy mają również już swoje sposoby na takie sytuacje. Dojechaliśmy na miejsce nie mamy zbytnio gdzie spać, namawiam piotra aby rozstawić namiot i nareszcie wpakować się do śpiworów. Jednak on preferuje hotelik, czekamy w nadziei , że ktoś nas przygarnie. W rezultacie lądujemy w szopie, gdzie śpią kierowcy, Szopa pełna jest dymu. Zasypiam...

21/08/2006 (Darchen 4560m n.p.m.)
Marzenia się spełniają, stoję tutaj w Darchen na drugim krańcu świat i rozpoczynam trekking wokół świętej Góry Mt.Kailash, podobno pielgrzymka –kora wokół góry pomaga w osiągnięciu Nirwany. Jak by nie patrzeć przyda nam się to przed wejściem na lodowiec.

Wędrówka nie jest zbyt skomplikowana jednak ze względu na znaczne różnice wysokości może być niebezpieczna. Docieramy do pierwszego ołtarza i napotykamy dwie tybetanki, które na migi proponują nam poniesienie plecaków, jesteśmy oczarowani uprzejmością ludzi jednak grzecznie odmawiamy i wędrujemy dalej. Napotykamy również Tybetańczyka mieszkającego w małej kamiennej chacie nad rzeką, niesamowicie cieszy się na nasz widok i rozrysowuje laską na ziemi mapę pobliskich terenów (…)

Dzień pełen emocji, pomalutku się kończy zakładamy obóz i pogrążamy się w krainę snu.

23/08/2006 (podczas trekkingu 5200m n.p.m.)
Dzisiejszą noc spędziliśmy na 5200m n.p.m. Budzi mnie jakiś dziwny dźwięk jak by świst. Uszy wcale mnie nie mylą nasz namiot został otoczony przez świstaki, które witają właśnie nowy dzień. Jutro powinniśmy zakończyć trekking. Coraz częściej zaczynam rozmyślać na temat potężnej Gurly Mandata i martwię się, że pogoda nie dopisze. Ale końcu nie po to spędziłam pół roku na zgrywaniu logistycznym wiz, biletów, zezwoleń, aby teraz szukać dziury w worku. Wszystko musi się udać. Ruszamy w dalszą drogę, dziś czeka nas wejście na przełęcz która wznosi się na około 5600m n.p.m. Pogoda dopisuje. (…) natrafiamy na polane, pełną ubrać. Chwila przecież jesteśmy w południowo-zachodnim Tybecie, a tutaj widzimy polane pełną ubrań?! Okazał się, że jest to jeden z rytuałów pielgrzymów polegający na pozostawieniu części garderoby bądź krwi czy włosów na znak zerwania ze starym życiem i wstąpienia w nowe. Robimy sobie przerwę, aby dokładnie spenetrować tutejszy teren. Mijają nas pielgrzymi z młynkami modlitewnymi, śpiewający pieśni. Zastanawiamy się tylko, czy któryś z nich nie okrąża góry po raz 108 zapewniając sobie tym samym oczyszczenie. Po raz kolejny spotykamy tybetanki (które mieliśmy zaszczyt poznać pierwszego dnia), gestykulują, że całą noc się za nas modliły za naszą drogę i siły. Oczywiście po raz kolejny oferują pomoc, tym razem stwierdzam wraz z Piotrem, aby spróbowały podnieść choć jeden z plecak. W oczach tybetanki widać zaskoczenie, chyba nie spodziewała się, że są, aż tak ciężkie.

26/08/2006 (przed Darchen 4650m n.p.m.)
Dziś leniuchujemy. Wczoraj zakończyliśmy pielgrzymkę wokół świętej Góry. Czas się zregenerować: najeść i umyć, by następnie ruszyć ku celowi. Nasz biwak jest w cudownym miejscu po lewej stronie mamy niesamowity widok na Gurle Mandata, możemy ją obserwować cały dzień, dzięki czemu mam okazję poznać ją w pełnej okazałości: o poranku, w południe, wieczorem i w nocy – za każdym razem jest inna.

Gramy w karty i  pomału dociera do nas w jaki miejscu się znajdujemy. Wyżyna Tybetańska otoczona z każdej strony górami, to nie jakieś tam góry, dla nas są najwspanialsze. Po prostu płaskowyż gór i szczyty zanurzone w chmurach. To niesamowite, że na świecie są jeszcze takie miejsca, gdzie człowiek czuje się wolny – tu nikt cię nie pogania, chyba, że własne ambicje.

Gdy tak siedzimy sobie w namiocie brzuchami do góry po pysznym obiedzie, podchodzą do naszego namiotu dwie Tybetanki – pielgrzymki. Ubrane są w tradycyjne stroje: biały kapelusz z czerwoną płachtą, kwieciste bluzki, mnóstwo koralów i ciekawość kim oni są. Patrzą na nas z zaciekawieniem takim samym jak my na nich. Próbujemy się z nimi jakoś dogadać, ale niestety my nie władamy Tybetańskim, a one nawet nie wiedzą co to Angielski. Pstrykam fotkę, a następnie na małym ekraniku aparatu prezentuję ich postacie. Cieszą się niesamowicie i śmieją same z siebie, a my cieszymy się, że mogliśmy je poznać. Z uśmiechem na twarzy odchodzą.

28/08/2006 (szala zwycięstwa i przegranej)
Zabieramy depozyt i z całym majdanem (70kg)  ruszamy wschodnim brzegiem jeziora Manasarovar ku Gurla Mandata 7760m n.p.m. Mam złe przeczucia. Droga nie wygląda najciekawiej. Pakujemy się na tereny podmokłe i po kostki grzęźniemy w błocie (…)

Dzisiaj szala pogodowa się przeważyła. Gurla Mandata chyba nie uchyli nam swojej głowy. Patrząc na górę gołym okiem widać lawinki spadające to z prawej to z lewej strony. Otrzymujemy informację z Polski o niesprzyjających warunkach. Zastanawiamy się chwilę co tu robić. Przemierzyliśmy tyle tysięcy kilometrów…tyle przygotowań…no i taka pogoda. Ambicje tłuką się ze zdrowym rozsądkiem. Co powinniśmy zrobić? Przeczekać kilka dni z nadzieją, że warunki się zmienią? Przecież to głupie wyraźnie powiedzieli nam, że przez najbliższe 6-8 dni ma padać i wiać. Kiblujemy? Trzeba podjąć decyzję. Uważam, że nasze umiejętności nie są wystarczające na takie warunki pogodowe. Piotr w zupełności się zgadza. Nie ma najmniejszego sensu pakować się w taką zamieć. Rozsądek zwycięża. Ambicje niezaspokojone.  

Korzystając z okazji, że mamy jeszcze trochę czasu postanawiamy zwiedzić Kaszgar, okoliczne góry, bądź uderzyć w Tien-Szan. Uczynimy to, co los wskaże. Trochę przygnębiona, jednak dumna  z rozsądnej decyzji zasypiam.

Dziś mówią z uśmiechem na ustach:  „Będzie po co wracać”. Całą wyprawę uważają za zakończoną pozytywnie w końcu wrócili cali i zdrowi. Mimo, że stracili trochę kilogramów, to zyskali bagaż doświadczeń i poszerzyli swoje horyzonty.

Są to tylko fragmenty z dziennika. Z Tybetu przywieźliśmy tak dużo materiałów zarówno dzienniki jak i zdjęcia, a tak naprawdę cieżko zabrać się w obecnej chwili za opracowanie.