Beskid Sądecki i Piwniczna Zdrój w trzy dni

Paweł Kalita 18/05/2021

Przy okazji ostatniej majówki z całą ekipą warszawskiego horyzontu postanowiliśmy wspólnie wybrać się na jakiś krótki trek. Wszyscy mieli wolne, więc nie można było nie wykorzystać tego czasu na wspólny wyjazd. Wybór padł na małe miasto Piwniczna Zdrój znajdujące się w Beskidzie Sądeckim. Miejscowość każdemu znana, ale jakoś nikt z nas, nigdy nie spędził tam dłuższego pobytu poza trasą przelotową (ze względu na GSB - Główny Szlak Beskidzki). Oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było tam dojechać.

- ZOBACZ FILMOWĄ RELACJĘ Z WYPRAWY -

- CZYTAJ TAKŻE -

Przygotowania do wyjazdu

Po wyczerpującym, przed majówkowym czwartku, gdzie przez cały dzień zaopatrywaliśmy ostatnich urlopowiczów w sprzęt w góry, sami po wszystkim musieliśmy rzucić okiem na swój ekwipunek. Czy wszystko jest, czy czegoś się nie zapomniało, czy klapeczki i ręcznik są już w plecaku itd.? Po spakowaniu plecaków, czekała nas całonocna przeprawa przez pół Polski. Męcząca przeprawa zważywszy, iż każdy z nas cały poprzedni dzień spędził w pracy. Jednak ani przez chwilę nie opuszczał nas dobry humor (pomimo czterech przesiadek).
W końcu po 11 godzinach tułaczki dotarliśmy na miejsce. Pierwsze wrażenie? Piękna pogoda, przyzwoita temperatura, mało turystów i wokół piękne widoki. Cała miejscowość sprawia wrażenie lekko pogrążonej we śnie, w swojego rodzaju innej rzeczywistości, ale w żadnym wypadku nam to nie przeszkadzało!

Dzień I – Co warto zobaczyć w Piwnicznej

Pierwszy dzień spędziliśmy na zwiedzaniu okolicznych kątów. Naszym zdaniem w Piwnicznej przede wszystkim warto odwiedzić:

Park Węgielnik-Skałki

Park zlokalizowany jest blisko centrum miasta, więc dotarcie tam nie sprawia problemu. W parku znajdziemy specjalnie przygotowane ścieżki rekreacyjne z licznymi łańcuchami (a’la via ferrata, które prowadzą na wzniesienie. Mieści się tu także aranżacja historyczna z odtworzonymi okopami z czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo jest kilka interesujących punktów, gdzie można rozpalić ognisko oraz taras widokowy, z którego widać całą panoramę Piwnicznej.

Pijalnia Artystyczna i Park Zdrojowy w Piwnicznej Zdroju

Jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w tym regionie. Przyciąga wielu turystów i nie tylko. Pierwotnie miejsce to miało pełnić rolę pijalni wód mineralnych pochodzących z lokalnych źródeł. Obecnie jednak znajduje się tu również galeria, w której organizowane są różnego typu wystawy, koncerty i przedstawienia. W parku można udać się na rodzinny spacer i spróbować wody Piwniczanki  z samego źródła. W parku znajduje się źródełko. Szczerze? Mi ta woda totalnie nie smakuje, ale to moje zdanie.

Rynek w Piwnicznej Zdroju

To miejsce, po którym warto się poszwendać. Architektura z przełomu XIX i XX wieku, może nie robi wrażenia jak krakowska starówka, ale za to ma swój małomiasteczkowy niepowtarzalny klimat. Szkoda, że w czasie naszego pobytu (oraz ze względu na obostrzenia) wszystko było zamknięte. Chciałoby się zjeść ciepły ser góralski na świeżym powietrzu i popić regionalnym piwem, ale cóż… innym razem

Dzień zakończyliśmy nad brzegiem rzeki Poprad planując kolejny dzień i upajając się szumem wody. W ruch po raz pierwszy poszły maszynki do gotowania. Pomimo zmroku pogoda cały czas dopisywała, co totalnie nie pokrywało się z prognozami pogodowymi, ale ta sytuacja napawała nas optymizmem przed jutrzejszym trekkingiem.

Dzień II – czas na trekking – Radziejowa 1266,5 m n.p.m.

Wstaliśmy dosyć wcześnie i co nas przywitało? SŁONECZKO! Szybkie śniadanie, przepakowanie i jazda w góry. Główny cel - Radziejowa (1266,5 m) – najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Przed nami było 25 km marszu. Co prawda zmęczenie spowodowane nieprzespaną nocą już na pierwszym etapie podejścia dała się, co poniektórym we znaki, ale świeże, górskie powietrze bardzo pozytywnie wpłynęło na kondycje całej ekipy. Drogę na szczyt wytyczał od podnóża żółty szlak, gdzie w pewnym momencie trzeba było odbić w stronę szlaku czerwonego. Idąc dalej żółtym szlakiem można dotrzeć na Niemcową 963 m n.p.m. (szczyt w paśmie Radziejowej, objęty ochroną w postaci Popradzkiego Parku krajobrazowego). My postanowiliśmy nie zbaczać z wyznaczonego celu. Przez całą trasę odczuliśmy na sobie wszystkie pory roku. Od podnóża, słońce piekło nam karki, pod szczytem wiało jesienią a Radziejowa powitała śniegiem i niską temperaturą. Na szczycie trochę zdjęć, wspin na wieżę widokową (tak, jest już otwarta), szybki obiad i chwila odpoczynku. Podczas pobytu na szczycie, nad górę nadciągnął gęsty cumulus, który spowodował intensywny deszcz z gradem. Po tym wszystkim już każdy z nas wiedział, iż będziemy schodzić po kolana w błocie. Było ślisko, ale nie tak źle. Z góry dosłownie zbiegliśmy. Co poniektórzy ostro się zmęczyli i poobcierali, także będąc na kwaterze ok. godziny 20 postanowiliśmy już zostać i trochę sobie pobiesiadować. Wiem, że po drodze można było skręcić i odwiedzić jakieś ciekawe miejsca, ale każdy był skupiony na wytyczonej trasie i jedyne, co mijaliśmy to krzaki i drzewa. Pod Radziejową rozpościera się piękna panorama na Tatry.

Dzień III – Zamek Rytter

Ponownie pobudka z samego rana, ale tym razem….ulewa, brzydko, zimno. Pierwszy dzień zaczynający się od niepogody. Musieliśmy poczekać do ok. godziny 10, aby się trochę przejaśniło. Cel na ten dzień – Zamek Rytter (a w zasadzie jego ruiny) położony w sąsiedniej miejscowości Rytro. By do niego dojść musieliśmy przejść lekką, spacerową trasę wzdłuż rzeki Poprad, która liczyła nieco ponad 10 km. Pogoda i humory dopisywały, aczkolwiek poprzedni dzień trochę był odczuwalny w łydkach. Dochodząc do miejsca docelowego przed Nami ukazało się wzniesienie, na którym znajdował się zamek. Pomimo tego, iż jest to pozostałość to jednak z oddali cały czas robi niesamowite wrażenie. Szybkie podejście na wzgórze liczące 463 m n.p.m. i meldujemy się w budowli z czasów Władysława Łokietka (budowę datuję się na XIII/XIV wiek). Sam obiekt robi wrażenie. Ze względu na położenie praktycznie z każdego punktu rozpościera się widok na panoramę okolicznych terenów. Sama pozostałość po zamku jest bardzo zadbana, widać, że ktoś dba o ten teren. Na zamku spędziliśmy ok. 2 godzin. Zwiedzaliśmy, robiliśmy zdjęcia, jedliśmy (żeby nie było, każdy po sobie posprzątał). Powrót odbył się inną trasą, drugą stroną rzeki, gdzie nie było konkretnej ścieżki tylko krzaki, tory, osuwiska. Jednym słowem – ciekawiej.  W drodze powrotnej dwójka z nas postanowiła wdrapać się jeszcze na niedużą górkę by ukoronować dzień. Ja z resztą ekipy udałem się już na kwaterę, gdyż w kolejnym dniu czekał całodniowy powrót do Warszawy.

Jak się przygotować do takiego wyjazdu?

Zasadniczo nijak – trasa górska nie posiadała jakiegoś wielkiego stopnia trudności. Osoba z przeciętną kondycją, która dzienne robi 10 tys. kroków bez żadnego problemu pokona ją z ewentualnymi przerwami na poszczególnych odcinkach. Trasa jest stricte amatorsko/turystyczna. Oczywiście, jeżeli zależy nam na zrobieniu jakiegoś dobrego czasu wejścia to trening wytrzymałościowy i kondycyjny jest jak najbardziej wskazany. Po drodze mijaliśmy biegaczy, także widać, iż jest to atrakcyjny szlak pod tym względem. Tutaj bardziej pojawia się pytanie, czego oczekujemy od tej trasy? Bo jeżeli szukamy jakiś wyzwań sportowych, adrenaliny to oczywiście tego nie uświadczymy. Ale jeżeli wybieramy się na klasyczny trek po górach z plecakiem i bardziej nam zależy na obcowaniu z naturą i ładnych widokach w połączeniu z dobrym zmęczeniem, to ta trasa jest naprawdę spoko. Mogę ją gorąco polecić każdemu, kto zaczyna swoją przygodę z górami i nastawia się na większe wyzwania lub planuje przejście GSB. Zasadniczo można tam odczuć to, co czeka nas przed robieniem szlaku beskidzkiego tj. kamieniste trasy, przewyższenia, krajobraz, odległości itp.

- CZYTAJ TAKŻE -

Ekwipunek – co zabrać na wyjazd w Beskid Sądecki

Pomimo małego stopnia trudności trasy warto jednak pamiętać by zabrać ze sobą podstawowe rzeczy. Nawet na klasycznych, turystycznych szlakach może dojść do wypadku.
Podstawą są odpowiednie buty. Na ten okres (przełom kwietnia i maja) polecam buty z wyższą cholewką. Zmienność warunków powodowała, iż przez chwilę nawet żałowałem, że nie wziąłem stuptutów. Także przy niskim bucie mogłoby się zrobić mokro. Optymalna twardość podeszwy na poziomie B. Moje buty (stare dobre ALL TERRAIN marki Jack Wolfskin) o twardości A/B na podejściu spisały się super, ale na zejściu nie ukrywam, iż trochę czułem hamulce w stopach. Najlepiej wybrać buty z membraną lub pełną świeżo zawoskowaną skórą. Dla osób ze słabymi kolanami obowiązkowo - kijki trekkingowe. Raz, że odciążają, a dwa że pomagają na stromych podejściach (zwłaszcza ostatnia prosta przed wejściem na szczyt Radziejowej). Nie polecam natomiast ubrań z bawełny (górne partie ciała). Chcąc nie chcąc i tak się spocimy, a materiał ten bardzo długo schnie. O ile w dolnych partiach nie stanowi to większego problemu to już wyżej tak. Szczególnie jak załamie się pogoda. Nawet po ubraniu dodatkowych warstw będzie nam po prostu zimno i mało komfortowo. Tutaj najlepiej sprawdzi się włókno syntetyczne lub cienka wełna merino. Jeśli chodzi o dolną partię ciała, to najbardziej polecam spodnie softshellowe. Wytrzymają przelotny deszcz, są wygodne i w razie przemoczenia szybko wysychają. Ja osobiście zabrałem na wyjazd spodnie Milo VINO, które przed wypadem dodatkowo zaimpregnowałem. Obowiązkowo, trzeba zabrać kurtkę membranową i lekki polar oraz opcjonalnie softshell. Całą trasę można pokonać spokojnie w tym ostatnim, ale w razie ulewy warto mieć w plecaku oś nieprzemakalnego. Opcjonalnie może być też poncho. Polar warto ubierać podczas przerw by się nie wychładzać. Ja osobiście miałem jeszcze w plecaku lekki sweter puchowy, ale nie były jednak potrzebny - było po prostu za ciepło. Istotne będzie też nakrycie głowy i osłona dłoni. Warto mieć ze sobą czapkę z daszkiem lub coś, co zakrywa dodatkowo kark i lekką czapkę polarową. Do tego rękawiczki, ale to opcjonalnie – wszystko zależy od warunków pogodowych. Patrząc na warunki w tym okresie oraz na śnieg zalegający w wyższych partiach warto tez mieć ze sobą raczki. O ile na tym wjeździe nie były nam potrzebne, to już na wypad w Tatry jest to must have. Śnieg o tej porze na zmianę topnieje i zamarza, przez co cały czas jest ślisko i naprawdę niewiele potrzeba żeby doszło do wypadku.

W co się spakować?

Polecam wybrać nieduży plecak, taki do 24 litrów uważam za maksimum. Spakujemy w niego najpotrzebniejsze rzeczy i nie będzie nas kusiło, żeby dopakować go bardziej, co potem może się odbić na komforcie marszu. Polecam wybrać plecak, który w zestawie ma pokrowiec przeciwdeszczowy. Jeśli pokrowiec nie jest na wyposażeniu, możemy bez problemu go dokupić, chociażby w naszym sklepie.
Na koniec jeszcze jedna ważna rzecz, o której nie możemy zapomnieć, a mianowice apteczka.  Spakujmy do niej: leki przeciwbólowe, przeciwgorączkowe, krem z filtrem, krem na kolana, plastry, bandaż, kompres, folię aluminiową i oczywiście stałe leki, które przyjmujecie na co dzień. 

Co jeść i pić podczas wędrówki?

Ważną rzeczą podczas każdej wędrówki jest ciągłe nawadnianie się oraz jedzenie. Podczas trekkingu czy hikingu spalamy bardzo dużo kalorii oraz intensywnie się pocimy. Powinno się zabrać ze sobą, co najmniej litr wody lub więcej oraz posiłek, który możemy przyrządzić na ciepło + jakieś batoniki. Ja osobiście miałem dwie paczki liofilizowanego jedzenia, litr wody oraz tabliczkę czekolady. Osobiście w górach jem bardzo mało i jedzenie zabieram na zaś, ale woda z butelki znika bardzo szybko. Na tym wyjeździe pierwszy posiłek zjadłem dopiero na szczycie, ale wiem, że inni potrzebują zjeść coś po drodze. Wszystko zależy od organizmu, dlatego tutaj nie polecam sugerować się moim doświadczeniem i apetytem, a znajomością swojego organizmu. Każdy z nas wie najlepiej ile jedzenie potrzebuje. Oczywiście do przyrządzenia jedzenia podczas wędrówki będziemy potrzebowali maszynki do gotowania oraz gazu. Na taki wypad można wziąć standardową kuchenkę, najlepiej jedną z tych lżejszych. Do tego kartusz od 100 g do 230 g, chociaż tego drugiego z pewnością nie zużyjemy w takim czasie.

Podsumowanie

Wyjazd udał się naprawdę super! Pomimo nieprzychylnych prognoz, pogoda była genialna, wszystkim dopisały humory, no i przede wszystkim każdy z nas wrócił cały i zdrowy. Może trochę męczyła trasa tam i z powrotem, ale to już sprawa położenia geograficznego. Przecież nikt nie kazał nam mieszkać w Warszawie. Samo miejsce pobytu gorąco polecam. Jeżeli nie lubimy tłumów i chcemy się wyciszyć na wyjeździe to Beskid Sądecki uważam za miejsce do tego optymalne. Turystów oczywiście nie brakowało, ale w porównaniu z tym, co działo się w Tatrach i Bieszczadach w tym okresie to nie ma, co porównywać. Ja osobiście na pewno jeszcze wrócę do Piwnicznej Zdrój.

Powiązane Wpisy

Powiązane produkty